Alpy. Najpierw austriackie, potem szwajcarskie, jeszcze później francuskie, nie wyłączając prowansalskich, które zwieńczą całą wyprawę. Wyższe dwukrotnie od Tatr. Skaliste. Majestatyczne. Ośnieżone i oblodzone. Są także pasma zalesione z pochyłymi polami i polanami. Pozornie wszystkie są do siebie podobne, w rzeczywistości bardzo zróżnicowane. Co chwila roztacza się inny widok, ukazując szczyty dostępne i niedostępne. Przyciągające i przerażające. Zagospodarowane i dzikie. Owce pasą się nierzadko na łąkach położonych ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Nad dolinami Tyrolu unoszą się lotniarze i skoczkowie w uskrzydlonych kombinezonach. Współcześni Dedalowie. Kręte drogi to wznoszą się, to opadają. Często są półkami przylepionymi do skalnych ścian. A w dole przepaść. Pionowa. Od zakrętów kręci mi się w głowie, w uszach szumi przy zmianie wysokości, zaś widoki przepaści rozpalają wyobraźnię. Zofia Zalewska – znana podróżniczka i fotograficzka – prowadzi swoje autko z wielką pewnością, cykając podczas jazdy kolejne zdjęcia. Dwa dyżurne aparaty dyndają na jej piersi i raz po raz idą w ruch, bo pejzaże są przepiękne. I te w Austrii, i te w Szwajcarii, i te we Francji. Miary wrażeń dopełniają turkusowe jeziora, wodospady i zapach alpejskiej przyrody. Pogoda sprzyja, słońce praży na całej trasie. Rozmarzam się mijając Salzburg, Księstwo Lichtenstein i wjeżdżając do Rapperswilu. Widok na Jezioro Zurychskie jest nie do zapomnienia.

$

W Szwajcarii ożywają wspomnienia. Parokrotnie przylatywałem do Genewy i Zurichu. Zachwycałem się Fryburgiem (Fribourgiem), Bernem i Luzerną. Podążałem śladami Kalwina, Byrona, Dostojewskiego, Thomasa Manna, Hermana Hesse’go, Pestalozziego, Kościuszki, Mickiewicza i Słowackiego. O mały figiel nie osiadłem na stałe w Lozannie. Z okiem czternastowiecznego zamku d’Ouchy widziałem Leman, w którym niejednokrotnie pływałem. Niejeden też szczyt „zdobyłem” wjeżdżając nań z przyjaciółmi już to samochodem, już to kolejką wysokogórską. Do dziś pamiętam zapach ziół rosnących na łąkach i przełęczach. Z wyprawy do domu wspomnianego Hessego w Montagnoli zrobiłem obszerny fotoreportaż. Kiedy patrzyłem na Mont Blanc z Genewy, myślałem o „Kordianie”, który powstał w tym mieście. Wszak Słowacki mieszkał tu kilka lat, nagabywany przez pannę Eglantynę i kochający się w… Z kolei Mickiewicz, zanim przeniósł się do Paryża, rozpoczynał swą profesurę w rzeczonej Lozannie, co upamiętnia stosowna tablica. Z Vevey zapamiętałem dobrze Grand Hotel „Du Lac”, w którym zmarł Sienkiewicz i dom, w którym Dostojewski pisał „Idiotę”. We Fryburgu poznałem ojca Józefa Marię Bocheńskiego, wspaniałego dominikanina i zarazem intelektualistę, zaś w Lozannie rozmawiałem ostatni raz z profesorem Janem Błońskim i z towarzyszącym mu profesorem Jerzym Jarzębskim. Obaj zasiadali w jury Nagrody im. Kościelskich. W tejże Lozannie kupowałem przepyszne oliwki w czekoladzie, które były tylko w jednym, jedynym sklepiku na Starym Mieście. Tym razem nie mieliśmy czasu, by zajrzeć do tego miasta, bo chcieliśmy zdążyć na kwitnienie pól lawendowych w Prowansji. Niemniej wspomniana Zofia Zalewska „obcykała” Mont Blanc ukazujący się nad podlozańskimi polami. Góra ta będzie nam towarzyszyć przez kolejne godziny podróży.

$

Annecy. Urocze miasto położone w zaśnieżonych Alpach w Górej Sabaudii nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie. Przy kanałach prowadzących do tegoż jeziora ulokowały się kamieniczki zanurzone w wodzie. Trudno nie porównywać ich z kamieniczkami weneckimi. Są równie kolorowe i ciekawe architektonicznie. Tworzą scenerię iście bajkową. Nie przypadkiem Annecy nazywane jest alpejską Wenecją. I tak, jak w Wenecji, knajpka jest tu przy knajpce a obok galerie z dziełami sztuki. W parku przy wspomnianym jeziorze rosną m.in. okazałe redwoody i sekwoje. Nie sposób oderwać od nich oczu, podobnie jak i od samego jeziora. W dwunastowiecznym zamku górującym nad miastem jest muzeum poświęcone jego historii i sale wystawowe. W młodości przebywał w Annecy Jan Jakub Russeau.

$

Zachwycają mnie kolejne masywy alpejskie, przez które przebiega droga do Sisteron i dalej na południe. Niektóre z nich chciałbym przejść, zwłaszcza te wielokilometrowe, ciągnące się na południe od Annecy i Grenoble. Tylko, czy starczy mi siły, czasu i wytrwałości?

$

Prowansji trudno nie podziwiać. Jest to jedna z najpiękniejszych krain, w jakich byłem. Widoki, jakie widzi się co chwila, dosłownie zapierają dech w piersiach. I to zarówno Alpy Prowansalskie, jaki i pola lawendowe, turkusowe jeziora i rzeki, oraz doliny i przełęcze spowite intensywną wonią lawendy zmieszaną z zapachem pinii, świerków, cyprysów i eukaliptusów. Na widok pól lawendowych w masywie Luberon Zosia wpada w ekstazę i fotografuje je ze wszystkich stron. Ucinamy sobie trochę gałązek tejże lawendy, ale niestety w bagażniku szybko one wysychają, rozsiewając ziarenka, gdzie tylko się da. Wkrótce nasze ubrania pachną jak te pola. Dech w piersiach zapierają również widoki przełomu rzeki Verdon płynącej w słynnym kanionie o długości 21 kilometrów. W turkusowej wodzie odbijają się wapienne skały jurajskie. Pomykają po niej kajaki i żaglówki. Trzeba jednak bardzo uważać, by podziwiając podczas jazdy, nie spaść w przepaść z wysokogórskiej półki, przez którą prowadzi droga do Morza Środziemnego. Bywało, że bałem się spojrzeć w dół. Zosia patrzyła tylko na szosę.

$

Prowansja to także kraina miasteczek, kościółków, kapliczek i zameczków położonych na szczytach stożkowatych gór lub na ich stokach. W labiryncie uliczek można się kompletnie zagubić. Wszędzie jest coś ciekawego. Jak nie kamienne kamieniczki z okiennicami w pastelowych kolorach, to urocze zakątki, ogródki, sklepiki i galeryjki. Podziwam też detale ozdobnicze – kołatki, skrzynki na listy, tabliczki z obrazami pokazującymi rodziny mieszkające w tychże kamieniczkach i wizerunki świętych patronów malowane m.in. na porcelanie. Zdarzają się także piękne płaskorzeźby dekorujące fasady i drzwi. Mieszkańców Prowansji charakteryzuje potrzeba piękna. Ozdabia się tu niemal wszystko i często są to ozdoby wyrafinowane arytystycznie. Natomiast detale proste, zwłaszcza w regionach rolniczych, odznaczają się swoistym wdziękiem i dowcipem. Można się w nich dopatrzeć przymrużenia oka w podejściu do własnego domostwa a nawet i do samego życia. Ozdobami są również drzewa, kolorowe krzewy i kwiaty sadzone, gdzie tylko się da oraz mini ogródki przy kamieniczkach, czy miniaturowych domkach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Prowalsalczycy z wielkim talentem dopełniają naturę przemieniając ją w żywe obrazy. Dostrzegłem to już podczas poprzedniej podróży po tej krainie, tym razem wrażenie to jeszcze bardziej się nasiliło. Jako nieznośny wręcz esteta tkwię tu w nieustannym zachwycie.

Andrzej Józef Dąbrowski