Wybrzeże Lazurowe jest iście pocztówkowe. W dobrym znaczeniu tego określenia. Lazurowe morze, błękitne zatoki, turkusowe zakola; woda czysta, ciepła i musująca. Nieraz wydawało mi się, że pływam w szampanie, ino bąbelki były słonawe, o czym mogłem się przekonać zachłysnąwszy się nimi raz i drugi. Najlepiej pływało mi się w Saint-Raphael i Frejus, gdzie brzegi były najprzyjemniejsze, najgorzej w Nicei, w której zapadałem się w przyplażowe kamienie. W końcu na brzeg wypełzłem na czworakach. Nagrodą pocieszenia był widok tego miasta widziany z morza. Również wewnątrz Nicea jest bardzo miła oku. Tyle tu pięknych domów, tyle uroczych zakątków i placów. Jeden z nich nosi imię Lecha Wałęsy. Wszędzie okazy dobrej architektury świetnie korespondującej z morzem i wzgórzami tarasowo unoszącymi się ku górom. Miary wrażeń dopełniają luksusowe jachty w porcie i szpalery rosłych palm ciągnących się przez ponad pięć kilometrów na Promenadzie des Anglais. Na tejże Promenadzie jednym z najpiękniejszych budynków jest Hotel Negresco zbudowany w 1906 r., z imponującym salonem Ludwika XIV, w którym umieszczono portrety królów Francji wiszących przedtem w różnych prywatnych zamkach. Natomiast w salonie Royal, przykrytym kopułą i ozdobionym 24 karatowym złotem, znajduje się największy dywan, jaki wykonano w dziejach słynnych warsztatów w Savonnerie. Piękny, nie powiem. W najstarszej części Nicei najbardziej podobały mi się plątaniny średniowiecznych uliczek i kamieniczki w stylu włoskiego baroku z XVIII i XIX w. oraz neoklasyczne budynki z okresu Belle Epoque. Utrudzony zwiedzaniem, odpoczywałem na placu z fontannami, które z jednej strony były parkowymi ozdobami, z drugiej zaś służyły bawiącym się dzieciom, nie lękającymi się przemoczenia do ostatniej nitki. Nie wiedziałem, że Niceę założyli starożytni Grecy a potem przejęli ją starożytni Rzymianie, którzy sprawowali władzę także nad okolicznymi ziemiami. Nie przepadam za przesadnym przepychem, ale tym razem kilka nicejskich rezydencji arystokratycznych zrobiło na mnie spore wrażenie. Podobnie było w Cannes, którego fragmenty widziałem, usiłując się jednocześnie wyplątać z tego miasta – pułapki dla samochodów. Przepyszne budowle i rezydencje tegoż kąpieliska odbijają się w morzu lub – jak w Nicei – wznoszą się na tarasowo ku górom.

$

Tarasowo, od morza ku górom, wznosi się również Księstwo Monako, nie wyłączając Monte Carlo. Bywa, że domowe parkingi znajdują się na ostatnich piętrach apartamentowców. Do mieszkań zjeżdża się windą w dół. O ile w Nicei i Cannes przeważają w miejskim kolorycie kolory białe i perłowe, o tyle Monte Carlo jest ferią barw i orgią architektoniczną. Najnowsze wieżowce zdumiewają wymyślnymi kształtami, igrającymi z prawami geometrii. Patrząc na nie, miałem wrażenie, że przybyłem na jakąś inną planetę. Czasem też mi sie wydawało, że wskoczyłem już do XXII wieku.

$

Z Nicei wyruszam wraz ze swą przewodniczką i zarazem kierowniczką wycieczki – Zofią Zalewską do pięknego Eze, w którym, gdzie nie spojrzeć, tam widzi się coś pieszczącego oko. Widoki na morze i zatoki są niezapomniane. Zosia strzela jedno zdjęcie po drugim, ja poprzestaję na fotografowaniu drobiazgów architektonicznych i nadmorskich panoram. Na miejscowym cmentarzyku widzę kilka grobów zarośniętych całkowicie czerwonymi makami. Zosia nie chce ich fotografować. Po drodze podziwiamy z niezwykle widokowej trasy Moyenne Corniche miasteczko Villefranche-sur-Mer i wielopiętrowy turystyczny rejsowiec „Reflection”, który przystanął na środku zatoki oddzielającej tę miejscowość od przylądka Cap Ferrat. Wyobrażam sobie, w jakim komforcie pławią się jego pasażerowie. Wyobrażam też sobie filozofa Fryderyka Nietzchego, który przebywając w Eze i wędrując po najbliższej okolicy obmyślał kolejne rozdziały traktatu „Tako rzecze Zaratustra”. Na Cap Ferrat między Villefranche i Beaulie znajduje się słynna Willa Ephrussi i wiele rezydencji bogaczy nie tylko francuskich. O dziwo w bardzo dobrym zazwyczaj stylu. Jest czego zazdrościć. Zwłaszcza ogrodów, w jakich są położone i architektonicznego piękna. I rzecz jasna bliskości Morza Śródziemnego. Nie mam wątpliwości, że to magiczny akwen.

$

Vence. Miasto, w którym Witold Gombrowicz spędził ostatnie pięć lat życia, gdzie poślubił Ritę Labrosse i gdzie zmarł 24 lipca 1969 roku. Zamieszkiwali tu okresowo m.in. Andre Gide, Raoul Dufy, Henri Matisse oraz Dawid Herbert Lawrence i Marc Chagall, którzy też tu zmarli. Pierwszy w roku 1930, drugi w 1985. Przez jakiś czas u Gombrowicza zatrzymał się Mrożek, wielbiąc go niemal tak samo jak Kot Jeleński. Zabawna jest opowieść o tym, jak Gombro próbował nauczyć Mrożka gotowania makaronu. Wygląda na to, że obaj pisarze świetnie się rozumieli. Zależność Mrożka od Gombra jest w tym okresie dobrze widoczna. Na mnie też Gombro wywarł wielkie wrażenie i przenicował moje podejście do historii i mitów. Nauczył mnie szukania w sobie tego, co może być najoryginalniejszym tworzywem oraz przekuwania ułomności, słabości i śmiesznostek w wartość. Marzyłem o wystawianiu jego sztuk, ale nie było mi dane. Jedynie w stanie wojennym wyreżyserowałem w Teatrze Domowym fragmenty „Iwony księżniczki Burgunda”. Chętnie bym ją wystawił w całości, gdybym miał taką sposobność. Podobnie jak i „Operetkę”. Nie mogę patrzeć ani słuchać jak obecni reżyserzy deformują zamysły Gombra, wpisując w jego utwory różne dewiacje i to, co im w duszy gra. Żaden z nich nie okazał się od niego mądrzejszy. Na cmentarzu w Vence mam swoje sam na sam z Gombrem. W ciszy i skupieniu. Żałuję, że go nie znałem osobiście. Ktoś, kto przede mną odwiedził jego grób zostawił na nim trochę monet i długopis. Doprawdy nie wiem, jak to rozumieć.

Samo Vence jest interesujące. W Chapelle du Rosarie są dekoracje Matisse’a a w katedrze mozaiki Chagalla. W mieście jest sporo zabytkowych domów, bram, przejść, fontann i kościółków. Willa „Alexandrine”, w której mieszkał Gombro z Ritą, jest teraz w przebudowie. Na bocznej ścianie znajduje się mała tabliczka z jego nazwiskiem. Tylko po francusku. Nie ma informacji, że był polskim pisarzem. Pozaziemskie spotkanie z nim jest dla mnie tak ważne, że następnego dnia nie mogę się dostatecznie skupić na urokach pobliskiego St-Paul-de-Vence i jego dziejach. Nawet stojąc nad grobem Chagalla myślę o tym, że nad mogiłą Gombra byłem za krótko i nie dość intensywnie. Jego postać przesłania mi sławy bywające w St-Paul, nie wyłączając Legera, Miro, Zadkina, Arpa oraz – jak głosi miejscowa legenda – Grety Garbo.

$

Witold Gombrowicz – „Bywa, iż sobą zdumiewam siebie”.

$

Na wzgórzach i stokach wokół Vence i St-Paul-de-Vence usytuowane są ogrody i rezydencje z basenami wśród oliwek, moreli, brzoskwiń i kolorowych krzewów. Powietrze żywiczne i suche. Wokół widoki, widoki i jeszcze raz widoki. I tak jest na całym Lazurowym Wybrzeżu.

Andrzej Józef Dąbrowski