Dwie sceny na jednym obrazie „Biczowania” Pierro della Franceski są nie tylko rozbieżne, ale zgoła groteskowo zestawione.

Przecież to, co ważniejsze, Jezus, biczowanie, pasja Chrystusa, znajduje się na tylnym planie. To kompozycja niezgodna z jakąkolwiek tradycją, sprzeczna z wiarą, ze światopoglądem człowieka tamtych czasów, artysty malującego pobożną scenę na zlecenie. Tymczasem della Francesca sugeruje, iż owe przypadkowe jakby postaci – na pierwszym planie – są istotniejsze niż przedstawienia męki Chrystusa. Nic się nie zgadza… A jednak musi w tym być jakiś zamysł. Tak przynajmniej myślą historycy sztuki.

W tym miejscu zaczynają się problemy. Miast po prostu iść śladem interpretacji malarstwa Giorgione (późniejszego od naszego twórcy), innego enigmatycznego malarza epoki Renesansu, zaczęto doszukiwać się ukrytych sensów w obrazie. Innymi słowy, nieliczne pozostałe do dziś prace tego przywołanego tu przykładowo artysty także stanowią przedmiot wielu rozbieżnych interpretacji. Wniosek z tych nieskutecznych prób zrozumienia jego dzieł prowadzi do konkluzji, na którą nie wszyscy się zgadzają: nie mają obrazy Giorgione (zwłaszcza jego najsłynniejsza „Burza”) konsekwentnego sensu. Artysta kreuje pewną dziwną, osobliwą sytuację, kojarzy ze sobą niezborne elementy, aby stworzyć niepokojący, zaskakujący, nawet – by użyć współczesnych określeń – zgoła surrealistyczny efekt. Malarsko fascynujący. Widz wkracza w ów świat przedstawiony, wędruje po nim wzrokiem, myślą i wyobraźnią, patrzy, zastanawia się. Przebywa jakby w krainie czarów, w którym logika dnia codziennego przestaje obowiązywać. Malarz jest prawdziwym twórcą, kimś, kto oferuje baśniową, magiczną, hipnotyczną całość – jak ze snu: elementy wyglądają jak w rzeczywistości, ale w układzie, wzajemnym powiązaniu nieco odmiennym. Utrwalone znaczenia rozmywają się, zdrowy rozsądek dnia powszedniego zderza się nieznanym. Wszystko niby wygląda tak samo, ale jest w istocie inaczej, nie do końca zrozumiale. Sztuka ma wytrącać odbiorcę z rutyny codzienności, pobudzać wyobraźnię.

Historycy sztuki próbują doszukać się zamysłu w badanych przez siebie dziełach: wyjaśniają intencję malarza, odnajdują ukryte na obrazie sensy – nie zawsze zrozumiałe dla nas dzisiaj. Czy były zrozumiałe dla współczesnych artyście?

Co do tego nie ma zgody. Ikonologia rozwinięta przez wybitnego historyka sztuki, Erwina Panofsky’ego, zakłada, iż w dziele sztuki, zwłaszcza dawnych wieków, doszukać się możemy swoistego „kodu”, kulturowej symboliki, której sam twórca nie musiał być świadom. Posługiwał się nią jednak mimowolnie, intuicyjnie. Używał obrazów, jak języka mówionego: zgodnie własnym instynktownym wyczuciem trafności znaczeniowej użytkownika danego systemu komunikacyjnego. Przykładowo – nie pamiętam, z jakiego źródła ów przykład pochodzi, ale jest autentyczny: artysta przedstawiający dwunastokątny stół odsyła do symboliki dwunastu apostołów.

Nie jestem entuzjastą tej metody, dla mnie karkołomnej układanki mózgowej uczonego, popisu erudycji historyków sztuki, próbujących zestawiać w spójną całość elementy łamigłówki.

Wracając do niewielkiego (58×81 cm) obrazu Piero della Franceski „Biczowanie”, dziś znajdującego się w Galleria Nazionale delle Marche we włoskim Urbino. To jedno z najbardziej kontrowersyjnych dzieł w dziejach malarstwa zachodniego, choć nigdy nie kwestionowano jego autorstwa. Na podeście, na którym siedzi Piłat, czytamy: „Opus Petri de Burgo Sancti Sepulcri”.

W XVIII wieku malowidło znajdowało się w zakrystii katedry w Urbino. Co się działo z nim przez trzy poprzednie wieki? Nie wiadomo. Inwentaryzacja tej świątyni z 1744r. stwierdza: „W zakrystii… Biczowanie Pana Naszego przy kolumnie oraz – osobno – jego książęca wysokość, książęta Oddo Antonio, Federico i GuidUbaldo, przez Pietro Dall’Borgo”. Jest to pierwsza identyfikacja osób przedstawionych na obrazie. Ów dawny zapis określił sposób rozumienia tego dzieła: jest to portret, a przedstawia konkretne, historyczne osoby; scena biblijna stanowi jedynie tło.

Dano początkowo wiarę temu najwcześniejszemu rozpoznaniu postaci z obrazu della Franceski. Młodzieńcem pośrodku miałby więc być ów utracjusz i hulaka, brat przyrodni Federica, który w czerwcu 1443 roku został księciem Urbino. Miał wówczas 16 lat, a jego nobilitacji dokonał sam papież Eugeniusz IV w zmian za istotne usługi w oddane przez ojca Oddantonia w likwidacji schizmy i umocnieniu w Watykanie właśnie papieża Eugeniusza IV jako jedynego i wyłącznego władcy dusz chrześcijańskiego świata przeciwko anty-papieżowi mianowanemu przez politycznych przeciwników.

Rok później książę Urbino został zamordowany. Bezsprzecznie wskutek spisku, nie ma jednak pewności, kto uknuł całą intrygę. Zapewne ten, kto na tym najbardziej skorzystał, czyli jego przyrodni brat, Federigo (Federico) da Montefeltro, który natychmiast przejął władzę nad Urbino i rządził miastem oraz podległymi włościami przez następne 40 lat.

Czesław Karkowski

„Na emigracji“, najnowsza książka Czesława Karkowskiego, do kupienia w księgarni Amazon: amzn.to/2g0fY9A