Prowansja i Lazurowe Wybrzeże zachwyciły i wciąż zachwycają wielu sławnych ludzi, począwszy od malarzy, pisarzy, reżyserów i aktorów. Wielu z nich ma tu swój drugi dom. Swój drugi dom ma tutaj także niejeden milioner i multimilioner oraz niejeden francuski arystokrata i intelektualista. Najbogatsze rezydencje są dobrze strzeżone i równie dobrze ukryte w gęstych ogrodach. Nie oznacza to jednak, że Riwiera Francuska i okolice są zamieszkałe tylko przez bogaczy. Tuż za pięknymi willami i pałacykami, wznosi się na przymorskich wzgórzach rolnicza i sadownicza Prowansja, uzależniona od kaprysów pogody i płodów ziemi. Sady brzoskwiniowe i morelowe oraz gaje oliwne przeplatane są winnicami. Wprawdzie wina prowansalskie nie dorównują winom z okolic Bordeaux, to jednak latem smakują całkiem dobrze. Zwłaszcza te z okolic Bandol. Kuchnia prowansalska nierzadko oparta na zapiekankach z bakłażanów, kabaczków i cykorii ma swoich zwolenników, do których i ja należę. Lubię również tutejsze naleśniki, cieniutkie jak opłatek, podawane z konfiturami z lokalnych owoców lub polewane syropami. Z różowym winem smakują znakomicie.

$

W St-Tropez zakochał się wielki prozaik Guy de Maupassant, który przypłynął tu jachtem w latach 80. XIX wieku. Po nim przypłynął postimpresjonistyczny malarz Paul Signac, który zbudował tu sobie dom. W jego ślady poszli później Bonnard, Marquet, Dufy, Derain, Vlaminck, Seurat, van Dongen i następni, którzy uczynili z St-Tropez słynną mekkę cyganerii artystystycznej, nie przejmującej się zbytnio mieszczańskimi normami i konwencjami. Po I-ej Wojnie Światowej miasteczko stało się modne także wśród pisarzy, nie tylko francuskich. Niektórzy z nich mieli wręcz libertyńskie tęsknoty erotyczne. Anais Nin pisała w swych dziennikach o dziewczynach jadących w otwartych samochodach z obnażonymi piersiami i o cechującej St-Tropez „gęstej atmosferze rozkoszy”. Po II Wojnie sławę miasta spotęgował reżyser Roger Vadim, który przybył tu, by sfilmować jedną z jego mieszkanek w filmie „I Bóg stworzył kobietę”. Tą mieszkanką była młodziutka Brigitte Bardot, późniejsza bogini seksu. Wkrótce St-Tropez stało się siedliskiem hippisów i ludzi wyzwolonych seksualnie, wśród których nie brakowało gwiazd ekranu, sceny i nowej literatury. Nagie ciała na pobliskich plażach przestały kogokolwiek szokować, nie mówiąc już o grach erotycznych w plenerze nie tylko filmowym. Z roku na rok przyjeżdżało tu coraz więcej ludzi spragnionych wszelakich uciech. Miasto stawało się coraz bogatsze. Latem jest tu tłum, który wypełnia wszystkie uliczki, kawiarnie, restauracje, jacht-kluby i rzecz jasna plaże. I nie jest to tłum ludzi biednych, sądząc po cenach, jakie płaci. Wśród przybyszy nie brakuje pięknych osobników płci obojga liczących na to, że dostrzeże ich jakiś reżyser lub producent. Ostatnio sława St-Tropez nieco przybladła, m.in z powodu publikacji wyszydzających snobizm wczasowiczów i po krytycznych wypowiedziach wspomnianej Brigitte Bardot o plażach usłanych odchodami, kondomami, sztucznymi penisami i „wszelkim innym plugastwem”. Kościoły w St-Tropez są zupełnie puste, jeśli nie liczyć turystów oglądających dzieła znanych malarzy. Skoro o malarzach mowa, warto zajrzeć do Musee de l’Annonciade, gdzie można zobaczyć obrazy mistrzów, którzy tu tworzyli, począwszy od Signaca i Matisse’a. Ponoć tu właśnie znajdują się najlepsze poza Paryżem zbiory sztuki z okresu 1890 – 1940. Chodząc po porcie w St-Tropez zauważyłem nagle, że jest to miasto skierowane ku lądowi na północy a nie w stronę Morza Środziemnego na południu, jak pozostałe miasta i kurorty Riwiery. Od lądu oddziela je zatoka o tej samej nazwie.

$

Snobistycznym przerywnikiem w zwiedzaniu miało być zażycie słonecznej kąpieli na słynnej plaży w Pampelonne i pływanie wśród różnych celebrytów. Niestety ceny za parkingi były zaporowe. I nie tylko za parkingi. Musiałem się zatem zadowolić pływaniem za niedalekim Ste-Maxime. Unosząc się na falach, mogłem podziwiać jednocześnie Masif des Maures. Byłem w górach nad morzem.

$

Na szczytach wznoszących się na południe od St-Tropez bardzo spodobało mi się miasteczko Ramatuelle, koronujące stożkowatą górę o tej samej nazwie. Jest ono labiryntem wąziutkich uliczek. Niektóre mają zaledwie metr szerokości. Ma maluśkich placykach i przy malutkich arkadach rosną okazy nieznanych mi drzew, opisanych na specjalnych tabliczkach. W malusieńkich sklepikach można kupić regionalne pamiątki i wyroby rzemieślnicze. Zabłądziwszy raz i drugi, natrafiłem na maleńką świątynkę jakiegoś egzotycznynego wyznania. Na miejscowym cmentarzyku odwiedziłem grób Gerarda Philipe’a i jego żony Anny. Byłem wzruszony, nie powiem, albowiem uważam tego aktora za jednego z największych artystów, jakich widziałem na ekranie. Żyją we mnie jego kreacje w „Uroku szatana”, „Diable wcielonym”, „Pustelni Parmeńskiej”, „Czerwonym i Czarnym”, „Fanfanie Tulipanie”. Wstrząsnęła mną jego rola w „Odrodzonych”, w której przeszedł samego siebie, tworząc tragiczną postać alkoholika zachowującego ludzką godność. Zaiste wielka to kreacja, zaiste wielki to aktor. Wielki i zarazem charyzmatyczny. Nie bez powodu nazywany był Kochankiem Europy. I to nie tylko dlatego, że był romantycznym i urokliwym amantem. Nosili go na ramionach również widzowie teatralni. Dosłownie! Także w Polsce. Po premierze „Cyda”, „Księcia Homburga”, „Lorenzaccia”, czy „Ruy Blasa”. Wspaniale władał słowem, czarował głosem, znakomicie się poruszał, tańczył lekko i z wdziękiem, ładnie śpiewał, brawurowo się pojedynkował. Nie godził się na dublerów nawet w kaskaderskich sytuacjach. Był inteligentny, wrażliwy i delikatny. We wspomnieniach tych, którzy go bliżej znali, Gerard Philipe jawi się jako znakomity szef francuskiego Związku AktorówTeatralnych i Filmowych, ofiarny działacz społeczny i szlachetny człowiek. Dla wielu był usosobieniem aktorstwa idealnego i piękna człowieczego. Chodzi oczywiście nie o urodę, której natura mu nie poskąpiła, tylko o osobowość. Kariery i zarobków nie stawiał na pierwszym miejscu, pomógł wielu ludziom, walczył o jakość intelektualną przedstawień, w których grał i postaci, które tworzył. W swoich zbiorach mam kilka filmów z jego udziałem, nie udalo mi się niestety zdobyć filmowych zapisów jego ról teatralnych. Mam również zajestrowane radiowe przedstawienie „Małego Księcia”, w którym można posłuchać jego kunsztu żywego słowa. Jakże poetyckiego. Grób w Ramatuelle jest tak skromny, jak skromny był on sam. Nie chce się odeń odchodzić.

W tymże miasteczku spoglądam z tarasu widokowego na opadające ku morzu sady i winnice – z jednej strony, z drugiej zaś – na lasy piniowe wznoszące się na sąsiednie szczyty. Jest cicho, spokojnie i pięknie. Błękit nieba zlewa się z błękitem morza. Zapach rozgrzanej słońcem żywicy miesza się z zapachem eukaliptusów i ziół prowansalskich. Budzą się we mnie resztki romantyzmu…

Andrzej Józef Dąbrowski