Oficjalnie lato zaczęło się 22 czerwca. W noc świętojańską odbywały się nad brzegami rzek, aż wstyd to mówić w katolickiej Polsce, bezbożne, pogańskie zabawy, jak topienie Marzanny. Młodzież szuka pretekstów, żeby w nocy pójść na brzeg rzeczki i się napić. O tym jednak za chwilę.

Mamy już więc za sobą najdłuższy dzień w roku, sztucznie wydłużony przez obowiązujący czas letni. Skutkiem tego, jasno jest do dziewiątej wieczorem, ale co z tego, skoro większość sklepów zamyka się o siódmej. Utrzymująca się długo jasność zabija nastrój wieczoru, bo przecież romantyczniej jest popijać wino, gdy na niebie pojawiły się gwiazdy.

Świetego Jana to dzień mi bliski, skoro 24 czerwca mam imieniny. W Ameryce zapomniałem zupełnie o tym święcie; tak jak wszyscy, obchodziłem urodziny (choć rodzice twardo wysyłali mi imieninowe życzenia). Miałem pecha – imieniny przypadały po zakończeniu roku szkolnego, nie mogłem więc zaprosić kolegów do domu.

Także i obecnie szkoły kończą działalność w czerwcu. Koło mojego domu jest gmach szkoły, do której kiedyś chodziłem. Gdy w poprzednich latach przyjeżdżałem do rodziców z wizytą, patrzyłem z sentymentem na głośną, rozbrykaną młodzież wychodzącą ze szkoły, a czasem podpalającą papierosy pod moją klatką schodową. Dziś Liceum im. Kazimierza Wielkiego ledwo dyszy – nie przeprowadzano już naboru do młodszych klas. Szkoła zamierza bowiem sprzedać posesję, na której, obok jej budynku, mieszczą się garaże, parking i ohydne zgrupowanie straganów, nazywane czule przez miejscowych emerytów „bazarkiem”. Stanie tu luksusowy apartamentowiec. Dużo się takich buduje w mojej dzielnicy, skoro Stary Mokotów ma reputację jednego z lepszych adresów.

Bywało, że mignął mi na ulicy jakiś młokos trzymający z obrzydzeniem świadectwo ukończenia roku szkolnego, jednak teraz szkoły są zamknięte. Skończyły się też sesje egzaminacyjne na uczelniach. Mamy teraz lato w mieście. Będę sie przyglądał, czy Warszawa bardzo się w tym okresie zmienia.

Brak młodzieży odczuwam dotkliwie. Nawet te wulgaryzmy, którymi uczniowie okraszali swoją mowę, te papierosy i piwa, wszystko to było częścią folkloru, wycinkiem nieustannie zmieniającego się społeczeństwa. Teraz po ulicach aż do września będą się snuć emeryci.

Widać to też na Krakowskim Przedmieściu w okolicach Uniwersytetu Warszawskiego, i koło innych uczelni. Zniknęli młodzi ludzie przyjezdni którzy tu, wspólnie wynajmując mieszkania, studiowali. Wyjadą teraz na wakacje, a zostaną tylko ci, którzy muszą pracować: sprzątaczki, budowlańcy, kelnerki. Zostają też Ukraińcy, bo imigrantom ekonomicznym wakacje nie w głowie.

Czy Warszawa tak bardzo zmienia się w lecie? Nie tak, jak Rzym czy Paryż, gdzie niemal wszyscy robią sobie wakacje w sierpniu. W stolicy Francji pozostają tylko turyści i nielubiący swojej pracy kelnerzy. W Nowym Jorku (porównania z tym miastem są nieuchronne) aż takiego kontrastu się nie odczuwa. Amerykanie nie mają miesięcznych urlopów a te dwa tygodnie też często biorą w ratach. Turystów jest w lecie najwięcej, ale przyjeżdżają do Nowego Jorku przez cały rok. To miasto ma też do zaoferowania dostępne komunikacją publiczną plaże, wyspy, bulwary nad rzeką. Odbywają się tu w lecie darmowe koncerty, pokazy filmowe, festiwale uliczne. Gdy dodać do tego wysoką temperaturę przez kilka miesięcy i luzackie podejście Amerykanów do życia, otrzymujemy przyjemne miejsce do spędzania lata.

W Warszawie turystów nie ma w ciągu roku, podobno dużo ich przyjeżdża w lecie. Pożyjemy, zobaczymy. Na pewno turyści nie są tak zauważalni jak w Paryżu czy choćby Krakowie. Poza tym odwiedzają tylko małe wycinki miasta: Stare Miasto, Trakt Królewski, Łazienki, Getto, Muzeum Historii Żydów Polskich. Reszta Warszawy to przecież bloki mieszkalne, biurowce, szerokie ulice, połacie trawników. Niewiele tu ulicznych budek z napojami i przekąskami, niewiele zatłoczonych zakątków, ciągów knajpek, punktów widokowych. Czasem grupa zagranicznych hipsterów, kierowana przez przewodnika z flagą na kijku, odwiedzi tanie bary z wódką i piwem, tak poznając nocne życie stolicy.

Poza tym pusto na ulicach i nudno. W weekendy ludności jeszcze bardziej ubywa, gdyż wyjeżdża swoimi wypasionymi furami za miasto aby tam zażywać patriotycznych uniesień przy kiełbasce z grilla i piwie. Inni jadą na prowincję do swoich mam, aby się dożywić.

Ci którzy zostają w mieście, jeżdżą jak opętani na rowerach. Rozkładają się w parkach, jeżdżą na wrotkach, biegają. (Spacerują tylko ludzie starsi.) Odwiedzają Nocny Market, czyli zbiorowisko straganów z żywnością w azjatyckim stylu. Pustoszeją pawilony z piwem i wódką. Młodzież przenosi się bowiem na nadwiślańskie bulwary.

Przepływająca przez Warszawę Wisła to wyjątkowe dziwowisko. Gros rzek na świecie jest uregulowanych, jednak Wisła to łachy piachu, drzewa i krzaczory. Wedle ostatnich ustaleń ekologów, sztuczna regulacja rzek przynosi więcej złego niż dobrego, tak więc może w środku dużego miasta zawsze będziemy mieli dzikie plaże. Pływają po rzece wycieczkowe statki z płaskim dnem, cumują przy brzegach inne, służące za hotele i bary. Niedawno oddano do użytku długi odcinek nabrzeża z pięknymi elementami architektonicznymi; kolejne odcinki są w budowie.

Młodzież spędza czas w ogródkowych barach, gdzie grają zespoły. Najchętniej jednak siedzi na betonowych stopniach nad rzeką, gdzie – nie zatrzymywana przez nikogo – pali i pije, głównie piwo. Ponieważ bulwary uznano za strefę gaastronomiczną, publiczne spożywanie jest tam legalne. Niezamożna młodzież nabywa flaszkę w sklepiku przy stacji benzynowej i obala ją nad rzeczką. Tysiące amatorów takiej rozrywki spędzają w ten sposób letnie wieczory w stolicy.

Zdaniem niektórych, ograniczane są ostatnio w Polsce pewne wolności. Na pewno jednak wolno się gromadzić – i pić – nad Wisłą. Od pewnego czasu jest to moje ulubione miejsce.

Jan Latus