Z Joanną Dobosz – lektorem języka polskiego na Uniwersytecie w Tartu* (dawny Dorpat), rozmawia Leszek Wątróbski.

– Jak trafiła Pani do Estonii?

– Z Kazachstanu… Tam przez rok pracowałam na Uniwersytecie Stanowym w Karagandzie (KarGU) na stanowisku lektora języka polskiego, na wydziale języków obcych. Znalazłam się tam zupełnie przypadkowo. Aplikowałam na stanowisko lektora na Ukrainie. Ktoś, pewnie przez przypadek, zamienił moje dokumenty z podaniem innej osoby. Zorientowałam się dopiero po telefonie z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, czyli mojego obecnego pracodawcy. Uniwersytet Stanowy w Karagandzie przesłał, na ręce polskiego ministerstwa list z informacją, że cieszy się na mój przyjazd. Było już trochę zbyt późno, aby zmieniać tę decyzję. Pomyślałam jednocześnie, że taka szansa może się więcej nie powtórzyć. W Karagandzie uczyłam języka polskiego wszystkich studentów wydziału języków obcych: anglistów, germanistów i rusycystów. W mojej grupie była tylko jedna Kazaszka. Cała reszta, to ludzie, którzy przyjechali do Karagandy na wymianę: Koreańczycy, Chińczycy, Rosjanie, a także jedna Bułgarka i jedna Ukrainka. Dla tej grupy język polski nauczany był fakultatywnie, jako dodatkowy.
Do Kazachstanu musiałam zabrać swoje podręczniki, bo tam nie było naprawdę nic, żadnej bazy przygotowanej. Może dlatego, że przez lata KarGU miał ogromny problem z zatrzymaniem lektorów na dłużej, a co za tym idzie władze wydziału nie inwestowały w pomoce naukowe. Zabrałam więc ze sobą, najlepszy moim zdaniem podręcznik „Hurra! Po Polsku” oraz pięć czy sześć innych tytułów, z których od czasu do czasu, brałam jakieś ćwiczenia albo gry dla moich studentów. Musiałam wszystkie pomoce przygotowywać zupełnie sama. Na wydziale mieliśmy dosłownie dwa komputery – w tym jeden podłączony do drukarki, a drugi do Internetu. Korzystali z nich wszyscy wykładowcy, trzeba się było uzbroić w cierpliwość i odczekać swoje w kolejce.

– A zajęcia poza uczelnią?

-Pracy miałam tam bardzo mało, bo grup było niewiele i zajęć w tygodniu też nie było dużo. Miałam więc czas na działalność społeczną wśród kazachskiej Polonii, która w Karagandzie trzyma się naprawdę świetnie i bardzo często spotyka, głównie przy katedrze, która, poza funkcjami czysto religijnymi spełnia również rolę miejsca spotkań rodzinnych i towarzyskich.

– Po rocznym pobycie w Kazachstanie zdecydowała się Pani na Estonię…

– Estonia jest moją drugą placówką. Po powrocie z Karagandy skontaktowałam się z MNiSW i poprosiłam o możliwość wysłania mnie na bliższą placówkę. Zaproponowano mi Estonię, Uniwersytet w Tartu. Propozycję przyjęłam. Tu czuję się teraz zdecydowanie lepiej.

– Z tego co wiem to stara uczelnia z tradycjami i związkami z Polską.
Uniwersytet ten został utworzony w roku 1632 przez króla Szwecji Gustawa Adolfa jako Universitas Gustaviana i powstał na fundamentach jezuickiego Gymnasium Dorpatense, utworzonego przez Stefana Batorego w roku 1583. Później uniwersytet został przeniesiony do Parnawy. W 1802, na rozkaz cara Rosji Aleksandra I, uczelnia powróciła do Dorpatu (współcześnie Tartu) jako Cesarea Universitas Dorpatiensis, gdzie działa do dziś.
Językiem wykładowym uczelni był niemiecki. Od roku 1919 do dziś językiem wykładowym jest estoński, choć w okresie okupacji radzieckiej, część przedmiotów wykładano po rosyjsku. Od roku 1831, już po likwidacji przez władze carskie Uniwersytetu Wileńskiego i Uniwersytetu Warszawskiego, tutejszy uniwersytet stał się głównym miejscem studiów Polaków z zaboru rosyjskiego, zarówno ze względu na przychylne Polakom stanowisko władz uczelni, jak i na opinię o wysokim poziomie kształcenia. Uczelnia ta odegrała bardzo dużą rolę w kształceniu Polaków z zaboru rosyjskiego. W odróżnieniu od innych uczelni na ziemiach należących w tym czasie do Rosji, Uniwersytet Dorpacki prowadził liberalną politykę i unikał dyskryminacji Polaków. Na Uniwersytecie Dorpackim w 1828 r. powstała najstarsza polska korporacja akademicka Konwent Polonia. W roku akademickim 1931/1932 tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu w Tartu otrzymał profesor Bronisław Rydzewski – polski geolog, wykładowca, nauczyciel, senator II Rzeczypospolitej III kadencji (1930-1935).

– Jak dziś wygląda nauka języka polskiego w Tartu? Na czym polega Pani praca?

-Polski lektorat jest tu prowadzony od roku 1992, w zasadzie bez przerwy. Każdy kolejny lektor uczy języka na trzech poziomach zaawansowania. Uczymy podstaw gramatyki, czytania i pisania po polsku. Przygotowujemy studentów do radzenia sobie w codziennych sytuacjach komunikacyjnych. Zachęcamy do uczestnictwa w spotkaniach z kulturą – wieczorach literackich, filmowych, świątecznych. Od zeszłego roku dodatkowo prowadzę tu wykłady z kultury polskiej, co jest pewną nowością i co stanowi część programu filologii słowiańskiej.

– Ilu i jakich ma Pani studentów?

– Od 30 nawet do 60. Jest kilka grup językowych plus raz w roku, przez cały semestr, wykłady z kultury polskiej. Daję też bezpłatne lekcje z języka polskiego dzieciom Polonii tartuskiej oraz małżonkom i partnerom Polaków mieszkających w Tartu.

– Kim są nasi rodacy mieszkający w Tartu?
Podzieliłabym ich na dwie grupy. Pierwsza to ludzie, którzy zostali w Estonii po rozpadzie ZSRR. Oni nie znają prawie zupełnie języka polskiego i między sobą rozmawiają po rosyjsku. Do Estonii przyjechali z terenów Ukrainy i Białorusi. Czasami im się wydaje, że mówią po polsku, ale tak nie jest. Ci ludzie nie chodzą do mnie na lekcje. Spotykają się po nabożeństwie w kościele na herbacie, od czasu do czasu jadą do Ambasady RP w Tallinnie na spotkania z okazji 3 Maja czy 11 Listopada. I to jest ich jedyna wspólna aktywność polonijna.
Jest też druga grupa naszych rodaków pochodzących z emigracji późniejszej. To są ludzie, którzy do Estonii przyjechali 10-15 lat temu i mają obecnie około 40 lat, rodziny i nastoletnie dzieci. Ich znajomość języka polskiego jest bardzo dobra i w domu rozmawiają nadal po polsku. Są to głównie rodziny polsko-estońskie, wśród których zachodzi pewna zależność: dzieci zdecydowanie lepiej mówią po polsku, kiedy mama jest Polką, ponieważ to ona głównie jest w domu i rozmawia z dziećmi w swoim języku.

– A Pani uczniowie?

-Łącznie uczę w Tartu trzy grupy. Pierwsza – polonijna, którą tworzą dzieci z małżeństw mieszanych w wieku od 10 do 15 lat. Chodzą na lekcje razem z dorosłymi, bo są na podobnym poziomie językowym.
Dwie pozostałe grupy mam na uniwersytecie. Pierwsza z nich to studenci filologii słowiańskiej, dla których nauka języka polskiego jest obowiązkowa przez pierwsze dwa lata studiów. Naukę języka polskiego kończą więc na drugim roku. I zaliczają egzaminem z ćwiczeń. To są głównie albo Estończycy rosyjskiego pochodzenia, albo Rosjanie i Gruzini, którzy przyjechali tu na wymianę.
A druga grupa, to studenci uczący się polskiego fakultatywnie. Składa się ze studentów przebywających w Tartu na Erazmusie. Są w niej studenci praktycznie wszystkich europejskich narodowości, w tym oczywiście i Estończycy, z innych niż filologia słowiańska kierunków.

– Jaką motywację mają Pani studenci uczący się języka polskiego?

-Należy wiedzieć, że studenci filologii słowiańskiej muszą obowiązkowo uczęszczać na moje zajęcia. Oni nie mają wyboru. Natomiast reszta studentów chce nauczyć się obcego – a trudnego języka, jakim dla nich jest polski. Taka jest pierwsza motywacja. A druga motywacja to fakt uczestniczenia kiedyś w programie Erazmus, na którym ktoś poznał Polkę lub Polaka, w którym się zakochał, zakochała i… Fajnie byłoby w przyszłości porozmawiać z teściową w jej ojczystym języku.
Są wreszcie osoby, które mają polskie korzenie. Miałam niedawno trójkę takich studentów z USA, którzy po polsku nie mówili wcale, ale bardzo chcieli poznać język dziadków.
Są wreszcie osoby, które z czystejciekawości przychodzą na naukę polskiego.

– Czy Pani studenci bywaja w Polsce?

-Część moich studentów było już w Polsce i bardzo im się podobał nasz kraj, bo mamy przecież góry, morze i niziny – wszystko, co potrzebne podróżnikowi. Szczególnie podobały im się Tatry, bo tego im najbardziej w Estonii brakuje. Bardzo im się też podobała polska gościnność. Wszyscy moi studenci podkreślali, że Polacy są bardzo, bardzo serdeczni i zawsze gotowi do pomocy. Nie podoba się im natomiast sytuacja polityczna. Mimo to uważają, że kraj jest wart zobaczenia. Zachwycają się starówkami polskich miast, zwłaszcza Krakowa, który bije wszelkie rekordy popularności. Wysoko oceniane są też Gdańsk, Poznań, Wrocław, Warszawa i Zakopane. Chętnie odwiedzane są ponadto Białystok i Częstochowa.

– Jest Pani obecnie jedyną polską lektorką w Estonii…

– Pracuję 2 – 3 dni w tygodniu, ale od rana do wieczora. Taka była moja prośba do władz wydziału. Mogę wtedy poświęcić swój czas na dodatkową pracę. Dzięki takiemu rozkładowi zajęć pracowałam przez pewien czas w Estońskim Muzeum Druku i Papieru (Eesti trükimuuseum MTÜ).
Będę tu pracować jeszcze jeden rok akademicki – do wakacji letnich 2018 roku – czyli łącznie cztery lata. A potem zobaczymy. Aby kontynuować pracę lektora muszę na rok wrócić do Polski, żeby nie stracić kontaktu z językiem. Taki jest wymóg. Natomiast po roku mogę aplikować na kolejny czteroletni wyjazd.

– Ciekawe co nowego zaproponowałaby Pani w systemie zatrudniania nauczycieli pracujących jako lektorzy języka polskiego za granicą?

– To temat rzeka. Nie będę się wypowiadała na temat nauczycieli, których zatrudnia Ministerstwo Edukacji Narodowej. Nie jestem zatrudniona w tej formie i nie znam wielu szczegółów.
Natomiast jeśli chodzi o lektorów języka polskiego jako obcego, którzy są zatrudniani przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, to problem polega na tym, że nasza umowa nie jest tak naprawdę umową o pracę, ani o dzieło, czy nawet nie jest zleceniem. Jest czymś na wzór kontraktu stypendialnego. Nie płacimy więc podatków i nie odprowadzamy żadnych składek. Nie mamy też ubezpieczenia zdrowotnego. Tak naprawdę, jeśli jesteśmy przez cztery lata za granicą, to w ogóle jakby nas nie było. Nasz kontrakt jest gorszy nawet od umowy śmieciowej. Jeśli chcemy mieć jakieś ubezpieczenie, to musimy wykupić je sami, choć ministerstwo zwraca nam później poniesione koszty. Ponieważ nie odprowadzamy podatków, nie liczy nam się także czas pracy do emerytury.
Ja pracuję dopiero cztery lata, ale znam lektorki, które pracują już po 15 i więcej lat i nic się im nie liczy do emerytury. Uważam, że to jest absolutnie zła rzecz, którą trzeba uregulować. Aby zostać lektorem języka polskiego trzeba mieć skończone studia magisterskie z filologii polskiej, filologii słowiańskiej albo kulturoznawstwa. Dobrze jest też skończyć podyplomowe studia nauczania języka polskiego jako obcego jeśli na studiach II stopnia nie ma takiej specjalizacji. Następnie należy zdać egzamin państwowy, a potem ponownie, co trzy lata, powtarzać go tak długo, jak długo pracujemy za granicą. Trzeba też zostawić, na kilka lat, swoją rodzinę i przyjaciół w Polsce. Trzeba poświęcić się w całości tylko tej pracy. Jeśli jakiś lektor jest przez kilka lat w jednym, a potem przez następnych kilka lat w innym miejscu, to wielkich szans na założenie własnej rodziny nie ma. Kiedy zaś kończymy pracę lektora i już na stałe wracamy do kraju, to nie mamy tak naprawdę nic – poza wspomnieniami.
Problemy zaczynają się, kiedy pojawia się kwestia leczenia czy emerytury. Próbowałam niedawno ubezpieczyć się w Polsce i sama opłacić wszystkie składki NFZ. Obliczono mi, że po kilku latach pracy jako lektor, muszę nadpłacić tę różnicę w wysokości kilku tysięcy złotych. Jednocześnie obliczono moją składkę miesięczną, która wynosiłaby 300 zł.

– Co Pani robi w sprawie zmiany systemu zatrudniania?

– Co roku wypełniam obowiązkową ankietę i piszę sprawozdanie. W ankiecie jest miejsce na nasze uwagi. Nas, lektorów, jest w tej chwili około stu pięćdziesięciu. I każdy z nas w corocznej ankiecie przedstawia konieczne, naszym zdaniem, projekty reform. Ale, jak dotąd, nic się w tych sprawach nie zmieniło. Jest grupa lektorów, która się spotyka od czasu do czasu. Mamy też swoją grupę na Facebooku. Jest to wirtualne miejsce spotkań, na którym wymieniamy się doświadczeniami, przemyśleniami czy radami.
W zeszłym roku napisaliśmy np. wspólną petycję o potrzebie zmiany warunków naszej umowy o pracę. Przy corocznym podpisywaniu umowy o pracę w lipcu staramy się też wymóc jakieś, choć drobne, zmiany na lepsze.

– Co się Pani podoba w Estonii?

– Wszystko! Naprawdę, bardzo lubię ten mały kraj i świetnie się tu czuję. Do pozytywów, których mam długą listę, zaliczam przede wszystkim pracę na uczelni. W Tartu język polski jest naprawdę ważnym przedmiotem, z którego pozytywna ocena końcowa daje studentom sporą liczbę punktów ECTS. Kolejnym pozytywem jest tu otwartość władz uniwersytetu na wszystkie moje sugestie czy inicjatywy – np. w sprawie integracji. Uniwersytet w Tartu znajduje się wysoko w rankingu światowym, a co za tym idzie, przyciąga ogromne rzesze zagranicznych studentów, otwartych na inne kultury i chętnych na ich poznanie.
Kilka miesięcy temu, w kwietniu br., mieliśmy tu Dni Kultury Polskiej. Była to trzydniowa impreza, którą organizowałam z miejscową Polonią. W jej organizacji pomagał nam głównie tutejszy uniwersytet. Użyczył nam sal wykładowych, pozwolił korzystać z dostępnego sprzętu multimedialnego, zaplecza kuchennego i sali wystawowej. Pomógł nam również w promocji Dni Kultury Polskiej poprzez druk plakatów i różnych ulotek.

– A jakieś estońskie minusy?

-Najgorszy jest tu chyba klimat, a przede wszystkim tzw „czarne dni”, które rozpoczynają się w listopadzie i trwają aż do wiosny. Latem pojawiają się natomiast „białe noce”. Wtedy organizm zupełnie wariuje. Mimo wszystko Estonia ma tyle pozytywów do zaoferowania, że nawet kłopoty z dniami i nocami są do przejścia.
Pochodzę z Katowic. Jestem dumną Ślązaczką. Skończyłam filologię polską na Uniwersytecie Śląskim, a później Podyplomowe Studia Kwalifikacyjne Nauczania Kultury Polskiej i Języka Polskiego jako Obcego. Z dziećmi i młodzieżą pracuję od ponad dziesięciu lat, w tym od czterech ako lektorka języka polskiego na zagranicznych uczelniach.

rozmawiał Leszek Wątróbski

 

Doktor nauk humanistycznych, autor książek: “Polskie osadnictwo w Nowej Zelandii”, “Polacy w Bułgarii”. watrobski.wordpress.com