Pora napisać o jednej z najważniejszych rzeczy dla powracających Polaków – o naszym języku.Pora napisać o jednej z najważniejszych rzeczy dla powracających Polaków – o naszym języku.Pierwsze moje wrażenie, w sumie potwierdzone przez doświadczenia kolejnych miesięcy, było następujące: ludzie posługują się sprawną, nawet bogatą, polszczyzną. Przyznaję, że stosuję taryfę ulgową, wiem bowiem, jak niesłychanie trudny jest nasz język.

Uświadamiam to sobie, gdy rozmawiam w Stanach z dziećmi polskich rodziców, które już się chowały albo urodziły się w Ameryce. Mimo heroicznych wysiłków rodziców, nieodzywania się w domu po angielsku, posyłania do sobotnich szkół, matur po polsku i wakacji w kraju u dziadków, te dzielne i zdolne dzieci jednak nie mówią po polsku bezbłędnie (choć znam wyjątki od tej reguły). Posiadają amerykański akcent, okazjonalnie przekręcą końcówkę, mają problemy z czytaniem. Najtrudniejszym dla nich testem, zwykle oblewanym, jest zaś bezbłędne napisanie czegoś po polsku.Nie ma jednak lepszej metody na idealne opanowanie języka, niż urodzenie się w danym kraju. Niestraszne wtedy chińskie i japońskie krzaczki, zróżnicowane tajskie samogłoski, cyrylica w Rosji, skomplikowana gramatyka niemiecka, zawiłe reguły oracji po francusku. Tak więc nawet prości ludzie mówią po polsku płynnie i poprawnie, osiągając – nie starając się wcale – poziom, do którego dojdzie człowiek z Zachodu po wielu latach żmudnych studiów. A i tak pozostanie mu akcent i okazjonalnie przekręci końcówkę deklinacji.Tak więc delektuję się bogactwem słownictwa naszego dozorcy pana Bogdana, cieszę się, kiedy gotująca okazjonalnie dla mojego ojca pani Jola rzuca nazwami potraw, sosów i rzadkich warzyw. Z przyjemnością słucham spikerów w radiu i gości zaproszonych do studia telewizyjnego. Nawet ci, którzy wyśmiewani są za ograniczony, prymitywny język (niektórzy politycy, posłowie, piosenkarze, sportowcy), jak na moje skromne wymagania mówią płynnie, nie popełniając większych błędów. Tyle, że ten język może nie jest bardzo bogaty, wyrafinowany. Mam jednakże porównanie z Ameryką. Ludzie tam urodzeni mówią oczywiście płynnie i bez akcentu (czy też z akcentem jakiegoś stanu) ale często jest to mowa uboga, z ograniczonym słownictwem i uproszczoną albo zmasakrowaną gramatyką („You was.”, „I don’t know nothing.”). Wydaje mi się, że młody Murzyn z Harlemu dysponuje słownictwem dużo uboższym a gramatyka jego mowy jest bardziej pokaleczona niż u pana Bogdana, który zamiata przed moim domem.Może to zresztą kwestia wykształcenia, obycia, podróżowania. Albo tego, że stopień komplikacji polskiego języka powoduje, iż ten poziom mimimum – słownictwa, zróżnicowania – jest wyższy.Jak wygląda dziś jakość języka pisanego, za dobrze nie wiem.

Narzeka się na obniżający się poziom matur, ale na to narzekało się od zawsze. Przeraża za to poziom językowy wpisów na internecie. Pomijając ich niesłychaną wulgarność i nienawistność, zadziwia całkowite ignorowanie, a nawet negowanie, reguł ortografii. Zupełnie jakby powstawał nowy język (jak na przykład basic English z Harlemu?), w którym rezygnuje się z jakichś fikuśnych rozróżnień ch/h, u/ó, rz/ż, małych lub wielkich liter, przecinków i kropek, nie mówiąć już o językowych formach grzecznościowych.Być może więc idealizuję poziom pisanej polszczyzny u obywateli. Skoro tak się wpisują w Internecie, pewnie niewiele lepiej pisali wypracowania w szkole. Potem jednak, w pracy murarza czy kasjerki, nie piszą przecież, a tylko mówią. Stąd może moje zachwyty nad polszczyzną pana Bogdana i pani Joli?Moja polszczyzna nie zwraca niczyjej uwagi. Mówię jak Polak tu urodzony. Jedna tylko dziewczyna z wyczulonym uchem (studiująca aktorstwo) stwierdziła, że mówię co prawda bez żadnego akcentu ale jednak melodia zdań jest u mnie jakby amerykańska. Może zasugerowała się jednak informacją, że mieszkałem długo w USA? Ja jednak pracowałem tam, pisałem i mówiłem głównie po polsku, i jest to sytuacja nietypowa. Rozumiem, że ktoś po 40 latach obcowania wyłącznie z Amerykanami będzie miał w polskim lekki akcent i okazjonalnie zapomni słowa. Ale to się szybko wygładzi – i wtopi się w tłum Polaków.Nie zauważam jakichś większych różnic regionalnych w mowie Polaków. Nie słyszę często w Warszawie, powszechnego wśród nowojorskiej Polonii, zaśpiewu mieszkańców np. Podkarpacia. A gwara młodzieżowa? Pewne słowa pozostają od dawna w użytku, jak skróty typu „Siema”, „Nara”, „Spoko”. Na pieniądze mówi się „hajs”, na aplikację telefoniczną – „apa”, na tatuaże – „dziary”. Oczywiście wielu słów nie znam ale przecież nie jestem już w wieku studenckim. Ale czym tu się emocjonować? Młodzież zawsze miała swój slang; nie musimy być w nim biegli.Czy wplatana jest angielszczyzna? Na pewno wiele jest takich zaadaptowanych słów w świecie biznesu, mediów, technologii, ale i polityki („procesować wniosek”), ale nie wydaje mi się to tak dokuczliwe i śmieszne, jak w pierwszych latach kapitalizmu po 1989 r..Teraz coś na deser. Zaskakująco duża liczba osób, w tym młodych, w specyficzny sposób wymawia spółgłoski; nie są one zmiękczane przez następujące po nich „i”. W ogóle nie wymawia się też spółgłosek „ń”, „ź”, „ć” czy „ś”. Tak więc słyszę „dzjisjaj”, „dzjen dobry”, „szesc”, „sjedem”. Na taką osobliwą wymowę zwróciła mi uwagę przyjaciółka, gdy jeszcze w USA oglądaliśmy w TV Polonia jakiś serial. „Dlaczego ona tak dziwnie wymawia? Przecież to zawodowa aktorka?”W Polsce najpierw myślałem, że taką wymowę mają – liczni tu teraz – Ukraińcy. Oni jednak czasem mówią po polsku bez najmniejszego akcentu. Natomiast słyszę taki dziwny język wszędzie: w sklepach, galeriach, u kelnerek, studentów. Podpytuję, skąd są. Może z Kresów? Może mają to od rodziców? Ale oni – i ich rodzice – urodzili się w Warszawie czy np. Wrocławiu.Ciekawe, że Polacy tu mieszkający, których o to pytam, w ogóle nie zauważają tego zjawiska.Skąd więc bierze się ta powszechna maniera mówienia? Muszę to zbadać. Na razie spróbuję mówić tak jak oni. Wtedy to już nikt nigdy nie zgadnie, że przyjechałem z Ameryki.

Jan Latus