Wracając z Prowansji do Polski, patrzę tęsknym wzrokiem w stronę Colmaru i Strasburga po stronie francuskiej oraz Heidelbergu i Norymbergii po stronie niemieckiej. Niestety i tym razem nie jest mi dane tam zajechać, choć planowałem. Chcę jednak zobaczyć te miasta w przyszłości. Miałem już wcześniej kilka zaproszeń do tej części Niemiec, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie, żeby tam pojechać. Z dotychczasowych peregrynacji po tym kraju najlepiej wspominam Saksonię i Bawarię. Do Monachium także zamierzam pojechać raz jeszcze, bo tego miasta nie wchłonąłem w siebie w takim stopniu, w jakim bym chciał. Niemcy jako kraj zaciekawiają mnie od wczesnej młodości, zwłaszcza ich kultura. Obciążony historią, nie mogę patrzeć na nie inaczej, jak tylko przez pryzmat ich zbrodniczej przeszłości. Stereotypy też dają znać o sobie na każdym kroku. Staram się jednak od nich uniezależnić.

Wciąż nie wiem, jak to się dzieje, że po każdej odniesionej klęsce, Niemcy podnoszą się i szybko stają się pierwszą gospodarką w Europie. Wciąż nie wiem, jak to się dzieje, że Polacy, którzy pracują w Niemczech, najczęściej zostają w nich na stałe, mimo wszelkich różnic między obu nacjami. Co ciekawe – mamy świadomość osiągnięć Niemców w różnych dyscyplinach, nie analizujemy jednak, jak oni do nich dochodzą. Zżymamy się na ich dominację w Unii Europejskiej, zapominając, że to oni właśnie wpłacają najwięcej do wspólnej kasy. Mam wrażenie, że choć mamy Niemców za ścianą, znamy ich w niewielkim stopniu i postrzegamy przez stereotypy właśnie. Nie, nie namawiam, do bezkrytycznego podziwu, ale żebyśmy w końcu podejrzeli, w jaki sposób uzyskują tak znakomite wyniki. Owszem, obecna polityka imigracyjna Niemiec trudna jest do pojęcia i zaakceptowania, nie osłabia ona jednak ich pozycji w świecie. Mimo, iż parokrotnie okazali się narodem zbrodniczym, to do nich właśnie próbują się przedostać w pierwszej kolejności, nie tylko uciekinierzy z Trzeciego Świata, ale także wychodźcy z naszej części Europy.

$

Rozgadałem się pozytywnie o Niemcach, ale trudno tego nie zrobić, pędząc ich świetnymi i świetnie oznakowanymi autostradami, za które nie trzeba płacić. W Polsce przejazd nimi kosztuje prawie tyle, co we Francji, nie mówiąc już o tym, że autostrad jest zaledwie trzy, podczas gdy całe Niemcy są nimi gęsto pokryte.

$

Ani we Francji, ani w Niemczech nie udało mi się rozmienić 500-eurowego banknotu, który niebacznie przyjąłem w krakowskim kantorze. Okazuje się, że w tych krajach są one niewymienialne nawet w bankach. Piszę to ku przestrodze wszystkich podróżników.

$

Kraków w letnim rozkwicie. Tłumny, radosny i zadbany. Mam wrażenie, że turystów tu więcej niż w Marsylii. Sporo Niemców. Dużo Rosjan i Ukraińców. Co ciekawe, zachowują się powściągliwiej niż Anglicy, zwani tu często Angolami. Nie upijają się, nie wszczynają burd. Ponoć dają sute napiwki. Jak wszędzie, tak i w Krakowie nie brakuje Japończyków. Oni zwiedzają wszystko szczegółowo, podobnie jak Chińczycy. W piwiarni „Banialuka”, przy placu Szczepańskim, można spotkać młodzież z całego świata. Barmanki ledwo nadążają z nalewaniem piwa i dolewaniem soku na życzenie. Są bardzo ładne i miłe. Ceny niskie, piwo dobre, więc ruch jak cholera. Lubię tu przychodzić, by patrzeć na młodych i podsłuchiwać, o czym mówią. W tym miejscu jakoś mi nie przeszkadza, że tematem rozmów nie jest np. Michel Foucault czy Dalajlama lub światowe wydarzenia kulturalne. Większość rozmów to niestety gadki-szmatki o niczym, ale dzięki nim nawiązują się nowe znajomości. Międzynarodowe. Niektórzy przychodzą tu na międzynarodowy podryw, co się czasem smutno kończy, jak podsłuchałem.

$

W Krakowie z przyjemnością zasiadam także w ogródkach kawiarniano-restauracyjnych w Rynku Głównym i popijam piwo. Ostatnio zasmakowało mi „Cieszyńskie”. Podczas rozmów z przyjaciółmi uświadamiam sobie nagle, że tenże Rynek jest moim ulubionym miejscem w Polsce. A może nawet i na świecie, jeśli nie liczyć rzymskiego Gianicolo, florenckiego Piazzale Michelangelo i Teatru Greckiego na szczycie Taorminy. Dzielę się tym odkryciem najpierw z fotografującą podróżniczką Zofią Dzidką-Zalewską, która była dyktatorem wyprawy do Prowansji a później z Jędrzejem Majką – autorem cenionych książek podróżniczych i takichże zdjęć.

$

Ze smutkiem odkrywam, że moja ulubiona księgarnia krakowska „Matras”, opisana przez mnie we wrześniu ubiegłego roku, jest już zamknięta z powodu niepłacenia czynszu. Teraz nie ma już w Rynku żadnej księgarni. „Matras” była najpiękniejsza. I podobno najstarsza w Europie. Piszę „podobno”, bo kilka lat temu na rzekomo najstarszą księgarnię w Europie natrafiłem w Porto. Też bardzo piękną. Niedawno z mapy krakowskiej Starówki zniknęła księgarnia „Znaku” i antykwariat na rogu Sławkowskiej i św. Tomasza. W młodości spędziłem w nim nieprawdopodobną wręcz ilość godzin. Niejedną też część swych stypendiów tam zostawiłem.

$

W podziemiach kościoła św. Piotra i św. Pawła zachodzę na grób Sławomira Mrożka. Leży nieopodal Piotra Skargi. To dobry pomysł. Nie rozumiem, dlaczego nie wystawialiśmy jego kandydaturty do Nagrody Nobla. Przecież należała mu się. Czyż nie?

$

Na Scenie Kameralnej Starego Teatru oglądam czechowskiego „Płatonowa” w reżyserii Konstantina Bogomałowa. Rzecz się dzieje niby dzisiaj, mimo dawnych realiów. Panie grają w tym przedstawieniu role mężczyzn i na odwrót. Reżyser chce pokazać, że elementarne problemy i zachowania człowieka są niezależne od płci i wręcz ponadpłciowe. Żadne to jednak odkrycie. Koncepcja ta zubaża młodzieńczy dramat Czechowa o subtelne gry i podteksty, jakie wynikają z płciowości właśnie. Obronną ręką wychodzą aktorzy, zwłaszcza świetna i pełna kobiecego (sic!) uroku Anna Radwan w roli tytułowej, Anna Hajewska-Krzysztofik grająca Siergieja, Anna Dymna jako Nikołaj Trylecki, Ewa Kolasińska w roli Osipa i Bartosz Bielenia jako Aleksandra. Obejrzałem to przedstawienie w towarzystwie zaprzyjaźniowego historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego – dra hab. Tomasza Pudłockiego, który zajmuje się również genderyzmem. On też nie był przekonany do tegoż założenia reżysera, docenił jednocześnie robotę czysto aktorską.

$

Mój Kraków to m.in. zmarli przodkowie z tarnopolsko-czortkowsko-lwowskiej rodziny mojego ojca – zatem wizyty na cmentarzach. Mój Kraków to także przyjaciele, z którymi zawsze trudno się rozstać. Przede wszystkim z Barbarą i Janem Maciejowskimi, wspaniałymi artystami teatru i równie wspaniałymi podróżnikami oraz z Kazimierzem Wiśniakiem – wielkim scenografem, malarzem, rysownikiem i ilustratorem. Jakże są mi bliscy! Jakże za nimi tęsknię! Rytualnie spotykam się z nimi, ilekroć jestem w Ojczyźnie. Tęsknię za nimi już wtedy, kiedy opuszczam ich progi. Gdyby to ode mnie zależało, zostałbym z nimi na zawsze.

Andrzej Józef Dąbrowski