Mogłoby się wydawać, że już wszystko napisałem o współczesnej polszczyźnie ale przecież to temat bez dna, zwłaszcza dla kogoś, kto od 30 lat dłubie w języku (czy, no właśnie, jak by ktoś młody powiedział, dziubie).

Chwaliłem przed tygodniem względną poprawność polszczyzny obywateli. Dziś dodam, że ta poprawność nie jest bynajmniej większa od społecznych elit. No bo jakie teraz mamy elity! Wystarczy posłuchać debaty poselskiej, jakiegoś przemówienia albo wypowiedzi polityka w studiu telewizyjnym.

Najbardziej charakterystyczny u przywódców narodu jest zanik zgłosek nosowych, jak „ą” i „ę”. Zastępowane są one krótkim „o” lub „e”, np. „Oni so z nami” albo: „Do was mówie!”. Inna wersja wymawiania to przejście „są” w „som”, „zdradą” (bardzo popularne dziś słowo) w „zdradom”.

Jeśli ktoś teraz chiczocze w duchu bo uważa, że mam na myśli konkretnych polityków – ma rację. Dodam jednakże, że mam na myśli wielu polityków, i to z przeciwnych stron barykady.

Kolejną ciekawostką jest coraz częstsze akcentowanie słów na trzecią sylabę od końca. Kiedyś wymawiano tak słowa obcego pochodzenia albo kończące się na –yka, jak poLItyka. Dziś uważa się, także w salonach telewizyjnych i studiach radiowych, że słowo brzmi bardziej elegancko, gdy akcentowane jest wbrew regułom języka polskiego. Tak więc niemal wszyscy mówią „PREzydent”, coraz częściej też: „PARlament”. Moje rozpaczliwe próby poprawiania tych błędów spotykają się z niezrozumieniem, choć pytam czy, per analogiam, akcentują tak samo słowa: „REmanent”, „FIRmament”, „DEtergent” i „KONfident”.

Kolejna rzecz, która niemożebnie mnie drażni, to wtykanie do zdań słowa „tak?”. Co ciekawe, kiedyś częściej było to „nie?” albo „no nie?” To, co było kiedyś prowincjonalizmem albo dowodem niskiego wykształcenia, dziś chwaści się niemal wszędzie. Pisała o tym Dorota Masłowska w felietonie z serii „Węcej niż możesz zjeść”: „…dres, wraz z postawionym kołnierzykiem koszulki polo, nieroztropną miną, swobodnym, głośnym stylem bycia i kończeniem zdań nieznoszącym sprzeciwu „tak?!”, przywołuje wartości takie jak sport, status, bogactwo.” Jest to „taak?” wstawiane pod koniec zdania lub myśli w zdaniu, niczym francuskie „n’est-ce pas?” jednak mniej eleganckie. Jest za to zaczepne, jakby ktoś chciał powiedzieć „co, może nie mam racji?!” Przypomina mi nieco popularny wtręt Afro-Amerykanów: „You know what I’m sayin”?”

„Takiem” przyklepują swoje racji nie tylko dresiarze, także politycy, dziennikarze, studenci.

Czy zatem nie ma już ludzi mówiących pięknie? Odchodzą na naszych oczach wybitni profesorowie, humaniści, pisarze, prawnicy. Oni mówili poprawnie, czasem nawet byli świetnymi oratorami – zaleta literalnie nieegzystująca wśród współczesnych polityków. Pochwaliłbym też aktorów, tych starszego pokolenia, bo z tymi serialowymi różnie bywa. Może nie każdy skłonny jest uszanować intelekt aktorów – w końcu, to sztuka odtwórcza – ale przyznać trzeba, że lata na scenie wyrobiły u nich umiejętność eleganckiego i plastycznego przemawiania.

Lepiej jest z językiem pisanym. Ciągle poznaję, nieznanych mi wcześniej, współczesnych pisarzy. Są nadal wśród nas inteligentni komentatorzy współczesnej polszczyzny, jak – poza tym bardzo dowcipny – Michał Rusinek. Polecam jego ostatnią książkę „Pypcie na języku”. Nadal znajduję dziesiątki dziennikarzy potrafiących stworzyć na papierze inteligentny i wewnętrznie spójny tekst, od lewicy do prawicy. Są też pisma, w całym spektrum politycznym, od „Newsweeka” i „Polityki” po „Tygodnik Powszechny” i „Znak”, które zachowują wysoki poziom językowy i edytorski.

Nie czepiałbym się też za bardzo dziennikarzy telewizyjnych, a nawet komentatorów sportowych. Prowadzący i moderujący polityczne polemiki dziennikarze są pod ogromną presją. Podobnie dziennikarze sportowi, którzy muszą na żywo nieustannie „nadawać”; wiadomo, że czasem przydarzy im się lapsus. Przy okazji zauważyłem, że wielu dziennikarzy sportowych jest dobrze przygotowanych do zawodu: znają dobrze swoją dyscyplinę, przyswoili dużo faktów np. o miejscu rozgrywania zawodów, znają języki, nie tylko angielski.

A jak wygląda sztuka przekładu w Polsce? W rekordowym tempie ukazują się przekłady „najgorętszych” w tej chwili tytułów na rynkach zachodnich. Książki amerykańskie, które dopiero co wypatrzyłem na Amazonie, w ciągu tygodni są do kupienia w polskich księgarniach.

Sądzę, że poziom przekładów jest bardzo przyzwoity. Na pewno ktoś teraz wskaże jakieś śmieszne błędy w zrozumieniu oryginału i w gramatyce polskiej wersji (amerykanizmy, amerykańska fraza). Nie wydaje mi się to jednak dokuczliwe. Poza tym, akurat tłumaczy z angielskiego jest w kraju wielu. I dobrych. Przekonuję się o tym, oglądając w telewizji amerykańskie filmy i programy. Czasem można wyłączyć polskiego lektora (tak, w Polsce ciągle lektor czyta dialogi, kuriozum w skali światowej!) ale niech mówi po polsku, w końcu w Polsce jestem. Czasem, bardzo rzadko, wyczuję jakąś śmiesznostkę albo zgadnę, że tłumacz nie zna dobrze Ameryki, idiomów, a zwłaszcza nazw własnych, powiedzonek, skojarzeń. Ale to bardzo rzadko – sam też pewnie, tłumacząc film, czasem bym się „kopnął”. Podziwiam za to tłumaczy np. cyklu podróżniczych programów kucharza Anthony’ego Bourdaina. Tłumaczą na polski gatunki ryb i roślin, o których w życiu nie słyszałem.

Skończyły się już czasy, kiedy nasz rechot budziło gimnastykowanie się lektora z wymową angielskich słów. Coraz rzadziej też zaśmiewamy się widząc niefortunny polski tytuł amerykańskiego filmu w kinie.

Obciachu nie ma. Szyldy, pozycje w menu, reklamy po angielsku są napisane na ogół poprawnie. Nie jest to komiczna angielszczyzna spotykana np. w Chinach.

Wynikałoby z tego co napisałem, że Polacy to naród kumaty, wygadany, potrafiący się komunikować w słowie i piśmie.

I wtedy wchodzę na Facebooka, czytam pierwsze komentarze aktualnych wydarzeń politycznych – i chciałbym wszystko odszczekać.

Jan Latus