Wtorek

Miałem już nic nie pisać „w temacie wet”, bo wszystko już chyba zostało powiedziane, a w tego typu sytuacjach lepiej trochę poczekać, bo i tak większość teorii, twierdzeń, zasłon medialnych, rozwiewa się z czasem niczym dym. Ale wypowiedzi ministra Zbigniewa Ziobry dla tygodnika „wSieci” oraz jego współpracowników pod adresem prezydenta RP wymagają skreślenia kilku zdań.

No więc wszystko zaczęło się, gdy prezydent Duda zawetował dwie ustawy – o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym – podpisując z pakietu naprędce uchwalonej przez parlament tylko tę, o ustroju sądów. Wśród tzw. żelaźniaków PiS podniósł się niesamowity wrzask: jak to? jakim prawem? podpisuj i ani kroku w tył… Emocje może i zrozumiałe po części, bo przecież reforma sądownictwa była wypisana na sztandarach Prawa i Sprawiedliwości. Jak mówił we wspomnianym wywiadzie dla „w Sieci” minister Ziobro: „Mówimy przecież o reformie, która jest rodowodowo pierwsza. To ona leżała u podstaw powołania partii Prawo i Sprawiedliwość. Ta nazwa nie jest przypadkowa”. Doprawdy tak ważna ta reforma? Bo ze sposobu jej procedowania w Sejmie tego widać nie było. Posiłkowanie się formułą projektu poselskiego (aby ominąć konsultacje społeczne), uchwalanie w trzy dni, po nocach, przepychana na rympał, do tego napisana niechlujnie. Wreszcie zamiast wykorzystać falę społecznego poparcia dla reformy czyniąc jej twarzą choćby europosła Janusza Wojciechowskiego – w przeszłości sędziego o dużym doświadczeniu i praktycznego krytyka systemu – partia rządząca poszła na skróty. Znów na pierwszej linii był raczej źle kojarzący się poseł Stanisław Piotrowicz (w stanie wojennym – prokurator, znowu punkty dla totalniackiej opozycji) i jego często niezbyt rozgarnięci pomagierzy. Aha i był poseł Marek Suski, który po jakichś przepychankach w komisji, doznał uszczerbku w postaci sińców na brzuchu, o czym nie omieszkał się oczywiście poinformować Polek i Polaków. Słowem pośpiech, rympał i paździerz – raczej słabo, jak na rzekomo fundamentalną reformę całej formacji.

Osobiście myślę, że prezydent Duda zrobił dobrze, bo – co widać dobrze po kilkunastu dniach – wybił oręż totalniackiej opozycji. A i kontekst międzynarodowy – z komisarzem Timmermansem gotowym podpalić w każdej chwili piekło, byle dopiec Polsce – też się liczy, a tutaj, nie o wszystkim wszystko wiemy. Ale zaraz się podniósł jazgot wśród twardego elektoratu i co śmieszy szczególnie, wśród ludzi którzy tak ostro potępiali wszelkie objawy „przemysłu pogardy” wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zastępca Ziobry Patryk Jaki ni mniej, nie więcej uznał, że prezydent Duda „spękał”, niczym frajer na podwórku. Muza smoleńska Ewa Stankiewicz i wnuk Anny Walentynowicz już zagrzmieli, że nie zagłosują na człowieka, który „zdradził”. Wszystkich przebił jednak analityk od siedmiu boleści dr Jerzy Targalski, który ze spokojem wysnuł teorię, że WSI zrobiło „portret psychochologiczny” Dudy i uznając go za najsłabsze ogniwo Dobrej Zmiany, wpłynęło na niego, żeby wydobyć te decyzje. No cóż, doktorze Targalski, coś tu się nie zgadza. Albo powinieneś się tą wiedzą podzielić z odpowiednimi służbami wcześniej (chodzi przecież o szantażowanie głowy państwa), albo przestać upowszechniać te brednie.

Ma rację, niestety, Rafał Ziemkiewicz, że część tzw. zasobu kadrowego PiS, zakochana w nowej „sanacji” zdaje się tylko czekać na głos Naczelnika-Kaczyńskiego „Bić k… y i złodziei” aby rozprawić się słownie z wszelką maścią wątpiących, rozkraczonych, słowem tych którzy nie znajdują się w głównym nurcie Dobrej Zmiany, który wyznaczają właśnie oni. Ale rozczarowanie, ku smutkowi Piątej Brygady (a może już trzech dywizji tych jedynych, tych najprawdziwszych z prawdziwych, którzy nigdy się nie rozkraczyli i byli z Kaczyńskim od samego początku, ja wiem, na planie „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”?), Komendant z Żoliborza w Radio Maryja nie wydał rozkazów marszowych na wroga. Wręcz przeciwnie, cały wywiad był jedną, wielką gałązką oliwną wyciągniętą do prezydenta Dudy: że były nieporozumienia, ale trzeba do przodu, „razem”, że „błąd to jeszcze nie wina” i generalnie za Dobrą Zmianę odpowiedzialni są wszyscy, zarówno Sejm i Senat, jak i Pan Prezydent.

I tu dochodzimy do Zbigniewa Ziobry i jego wywiadu, pełnego paternalistycznego traktowania głowy państwa. „To jest w finale wybór między wielkością a groteską. Ja wierzę, że mądrość, odwaga i męstwo zwyciężą. Andrzej Duda mimo wielkiej presji da radę. W polityce warto mieć charakter” – tak minister sprawiedliwości zarysowuje możliwe wybory Dudzie. Dalej, jest jeszcze lepiej: „Ufam, że pan prezydent, choć nie ma wielkiego doświadczenia politycznego, poszuka mądrej rady, a przede wszystkim, powtarzam, że będzie wierny wartościom. Bo w polityce są cztery poziomy: system wartości, strategiczne cele, taktyczne wybory, ale też zawsze obecne ambicje. Gdy rozrost własnego ‘ja” przerasta wartości i strategiczne cele, to błędne wybory taktyczne prowadzą na mieliznę”. Bo jak prezydent nie weźmie na serio ostrzeżeń Wujka Zbyszka Dobra Rada, to „zasadnicze pytanie brzmi jeszcze bardziej dramatycznie: albo prezydent przejdzie do historii jako, wcale nie przesadzam, wielka postać, jako jeden z przywódców dobrej zmiany, jako człowiek, który przyczynił się do budowy silnego, uczciwego polskiego państwa, albo polegniemy. Pierwszy polegnie pan prezydent i co najwyżej będzie mógł się w przyszłości cieszyć rolą młodego komentatora z własną ochroną.”

Ale Ziobro jest w tym wszystkim łaskawy dla człowieka, który – jak zaznacza w innym wywiadzie – był kiedyś jego podwładnym, którego zatrudniał. Wystarczy, że się ukorzy i zrobi porządek ze swoim zapleczem, pełnym larw… Tak, larw. Nie wierzycie? Przeczytajcie sami: „Jednak z doświadczenia powiem, że w otoczeniu głowy państwa mogą się znajdować ludzie, którzy roztaczają piękne wizje prezydentury, uzasadniają je racją stanu i dobrem państwa. To jednak ludzie, którzy niczym larwy chcą się rozwijać w politycznym ciele prezydenckiego zaplecza, by później – o czym marzą – przeistoczyć się w motyle, stając się ważnymi postaciami na scenie politycznej. Najczęściej jednak tacy ludzie nie zostają nawet ćmami.”

Co o tym wszystkim myśleć? Chyba mamy przebudzenie Szeryfa Zbysia, znanego z lat 2006-2007, który tak skutecznie pracował nad tym, aby władzę nad Polską przejęła Platforma Obywatelska. Jakiś gejzer skrywanych ambicji i frustracji, który wylał się uderzając w prezydenta Duda. Co trochę zaskakuje, bo Ziobro był w obecnym rządzie jednym z lepszych ministrów, nie specjalnie wychylającym się, a robiącym odpowiednią robotę na zapleczu, często bez świateł telewizyjnych kamer. Powiem anegdotę – moja żona, która przysłuchiwała się debacie w sprawie wymiaru sprawiedliwości a na co dzień raczej słabo interesuje się polityką, powiedziała mi, że z całej tej połajanki i nawalanki zapamiętała przemówienie… Zbigniewa Ziobry, który jako jedyny mówił z sensem, na temat, merytorycznie i zrozumiale dla ludzi…

Być może wewnętrzny Szeryf Zbysio nie wytrzymał, że prezydent Duda zabrał mu główną nagrodę – ostateczną reformę wymiaru sprawiedliwości – nawet jeśli tylko przepchniętą kolanem i w nocy. I musiał zareagować. Być może zauważył w Dudzie rywala, do objęcia schedy po Jarosławie Kaczyńskim i też musiał zawczasu uderzyć. Nie wiem, nie wiemy. Ambicja w polityce to potężny dopalacz… Z tego wszystkiego wyszła niezła rysa na obozie Dobrej Zmiany i dużo niepotrzebnych, złych emocji. Naczelnik Kaczyński będzie miał materiał do rozmyślań: co zrobić, kogo przyciąć, kogo podciągnąć, jak zbudować nowy układ sił w systemie władzy…

Jeremi Zaborowski