Wędruję południowym brzegiem Świdra ku Wiśle. Pogoda piękna, pachną sosny, lipy, rumianki i mięty. Rzeka szemrze i choć po dawnemu płytka, porywa w siebie przybrzeżne drzewa. I te rachityczne, i te całkiem potężne. Nie wiem, jak ona to robi, ale porywa je, odkąd pamiętam. I nie tylko drzewa, także kawałki trawiastych nabrzeży. Powstają z nich kilkumetrowe półtamy, przy których robi się głębiej i nawet można popływać. Rzeka też pachnie, ale nie umiem delikatnej jej woni opisać. Po dawnemu jest czyściutka i ma żółte dno. Po dawnemu kusi, żeby do niej wejść. Na szlaku prowadzącym do ujścia jestem zupełnie sam. Na terenach należących do rodziny Wedlów, tych od czekolady, nie ma już kolonii letnich. Nie ma też żywego ducha na posesjach należących do Warszawskiego Ogniska Wychowczego kierowanego onegdaj przez legendarnego Dziadka Kazimierza Lisieckiego. Na plażach też nie widzę nikogo, choć słońce praży. Łąki, polany i ścieżki tak zarosły, że nierzadko musiałem przedzierać się przez gąszcz, przepłaszając sarny i zajączki. Pierwszych plażowiczów dostrzegam dopiero na plaży nudystów oddalonej nieco na północ od Wielkich Świdrów. Wracam do „centrum” meandrując uliczkami, żeby odnaleźć zapamiętane świdermajery. Niestety już nie nie ma, albo są tak pozmieniane, że nie mogę ich rozpoznać. Fotografuję te, które się ostały, wybierając najładniejsze obiekty. W latach poprzednich po swojej, czyli wschodniej części Świdra, fotografowałem stopniową agonię tychże świdermajerów. Miałem nosa, bo też już ich nie ma. Świder – fenomenalne letnisko, letnisko na wszystko” – jak pisał Gałczyński, już nie istnieje. Dzisiaj jest to tylko przedmiejska sypialnia Warszawy i Otwocka. Chaotycznie zabudowana, bezstylowa i po prostu brzydka. Bezguście wokół kwitnie. Tylko sosny są takie jak dawniej i oba brzegi rzeki.

$

W mój Świder z „Kartek z przemijania” wciągnął się Adam Czechlewski, zjawiskowy tancerz zespołu „Mazowsze”. Chciał przejść ze mną rzeką do Wisły. Nie było to jednak możliwe, bo występował niemal każdego dnia, zbierając gromkie oklaski w wielu miastach Polski.

$

Świder. Znowuż?! Jakowaś przemożna siła mnie tam ciągnie, choć urodziłem się w Warszawie i psychicznie zawsze czułem sie warszawiakiem. Nikt znajomy już tam nie mieszka, pomarli sąsiedzi, koledzy z podstawówki i liceum rozproszyli się po świecie, niektórzy trafili do Stanów. Może szukam śladów dzieciństwa? Może szukam cieni swoich rodziców? Może samego siebie z owych lat? Nie jestem oryginalny z tym swoim wspominaniem Świdra, Otwocka i Józefowa, bo okazuje się, że tylko w samym Nowym Jorku i okolicach mieszka kilkanaście osób z tychże miejscowości, które czytają te „Kartki” i porównują swoje wrażenia i przemyślenia z moimi.

$

Powstaje książka o historii Świdra. Autorzy przeprowadzają ze mną wywiad o tym, jak się żyło tu w latach piędziesiątych i sześćdziesiątych. Odpowiadam zatem na pytania. Mówię m.in. o braku dróg bitych, ciemnościach, wszechobecnej biedzie, marnym zaopatrzeniu, pięknej szkole podstawowej, dobrych nauczycielach. Mówię także o wysiedlonych z Warszawy drobnych przestępcach i rodzinach wygnanych z powodów politycznych, takich jak moja. Wspominam księży, zakonnice, lekcje religii i swoje paroletnie posługiwanie przy ołtarzu w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Teresy od Dzieciątka Jezus i w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej. Na pytanie o rodziców, odpowiadam zgodnie z prawdą, że cieszyli się wielką estymą, mama wręcz uwielbieniem. Pod względem wychowania, ładu, etyki i estetyki życia codziennego rodzina nasza była wzorem. Tak twierdzili okoliczni mieszkańcy, którzy nas podglądali i naśladowali.

Ojciec był rozjemcą w sąsiedzkich sporach i doradcą w wielu sprawach. Mawiał nieraz o sobie, że czuje się jak Cadyk z Czortkowa, z którego pochodziła jego mama. Mówiąc o rodzicach, wspominam odwiedzające nas często arystokratki, również wysiedlone z Warszawy. Były wdowami po mężach zabitych w Powstaniu Warszawskim. Dzięki ich wizytom i my zostaliśmy zaliczeni do arystokracji. Świdrzanie mówili o nas „Arystokracja z bliźniaczkami”. W tym miejscu muszę napisać, że miałem dwie piękne siostry, bardziej do siebie podobne niż córki Ingrid Bergman i bracia Kaczyńscy. Pytany o świdermajer, w którym się wychowałem, mówię o braku jakichkolwiek wygód, zamarzającej wodzie w wiadrach i ścianach pokrytych szronem. Latem prawie raj, zimą mróz przenikający do szpiku kości i grzanie pościeli nad kuchnią. Żeby napompować wody, trzeba było zalewać studnię wrzątkiem z czajnika. Ażeby mieć tenże wrzątek, trzeba było napalić pod tąż kuchnią. A bywało, że węgiel podmarzał i nie było cugu… Oj dużo by mówić… Pedantyczna mama męczyła się w tych warunkach okropnie. W wywiadzie padło pytanie, jakiego siebie zapamiętałem ze Świdra? Otóż przeczytałem w nim niemal całą wielką klasykę, polską i światową, napisałem kilka rozpraw polonistycznych, polubiłem Teatr Polskiego Radia i Teatr Telewizji. Bibliotekę rodziców dopełniałem własnymi książkami. Przywykłem też do pozycji lidera. Rzecz jasna nie we wszystkim, ale wśród rówieśnych sobie ministrantów i podczas zabaw na okolicznych polanach. Koledzy stale wywoływali mnie z domu i prosili, żebym wymyślił im jakieś gry lub zajęcia. Nauczyciele, siostry zakonne i księża podczas różnych uroczystości wystawiali mnie jako reprezentanta. W rocznicowych spektaklach grałem Kościuszkę i Traugutta. W inscenizacji bajek byłem księciem. Na pytanie, czy tęsknię czasem za Świdrem, odpowiedziałem po namyśle, że nie tyle za Świdrem, ile za otwartą przestrzenią za oknami, z polanami i sosnami oraz za łąkami, nad którymi unosiły się kolorowe motyle. Za przyjazną rzeką również. Za pozycją lidera nie tęsknię już od dawna.

$

W Świdrze 45 lat temu umarła moja mama. Na karetkę pogotowia z Otwocka czekaliśmy ponad dwie godziny. W tym czasie pękający tętniak zalał Jej mózg i nie bylo już żadnego ratunku. Mama właśnie sposobiła się do pielgrzymki do Częstochowy w podzięce za to, że żyje po operacji na tymże mózgu. Przed wyjściem z domu położyła się na chwilę na tapczanie, bo poczuła ból w głowie. Ta chwila okazała się wiecznością trwającą we mnie do dziś. Niektórzy mówią, że Matka Boska Częstochowska chciała oszczędzić Mamie pooperacyjnego trudu podczas pielgrzymki. Tylko dlaczego zabrała Ją w tak młodym wieku, kiedy dobiegaliśmy dopiero do dorosłości i po śmierci ojca potrzebowaliśmy matki w dwójnasób? Niektórzy też mówią, że to Świder skrócił życie moich rodziców. Niekiedy myślę, że to prawda. Walka o życie na odpowiednim poziomie zabrała im zdrowie. Ojciec także w swoją ostatnią podróż wyruszył właśnie ze Świdra. On – zaprawiony w wielomiesięcznych ucieczkach przed ścigającymi go bolszewikami i zahartowany do trwania o chłodzie i głodzie na wrogim mu wschodzie i w stalinowskim więzieniu. Nie dożył nawet pięćdziesiątki.

Andrzej Józef Dąbrowski