Podobno do wszystkiego – istnienia czegoś lub jego braku – można się przyzwyczaić. A jednak nie. Do stolika w ogródkowej restauracji na Krakowskim Przedmieściu podchodzi kelnerka. Jest miła, uczynna – i bez kłopotu, naturalnie się uśmiecha. Nie wytrzymuję i mówię jej, że jest jedną z niewielu uśmiechniętych kelnerek w Polsce, które widziałem. Odpowiada: – Bo ja nie jestem z Polski. Okazuje się, że Emilia ma ojca Greka, matkę Polkę (dzięki niej mówi bezbłędnie w naszym języku), urodziła się i wychowywała w Grecji i dopiero rok temu zamieszkała w Polsce. Stąd ten uśmiech, z południowego kraju słonecznych ludzi!

Poza tym jednak, kelnerki, w ogóle ludzie z obsługi, uśmiechają sie wymuszenie, na widok klienta, jak przeszkolone małpki. Oczywiście, są wyjątki (służę adresami i dniami tygodnia, kiedy pracują.) Nie ma rady, po wesołych i pogodnych Amerykanach na ulicy, znalazłem się między pesymistami i introwertykami. Podejrzewam jednak, że nie uśmiechano by się do mnie także na ulicach Helsinek czy Frankfurtu, tym bardziej – miast na Syberii.

Można próbować kruszyć te lody zagadując, dowcipkując czy choćby niezłomnie kłaniając się znanym z widzienia kelnerom i ekspedientkom. Czasem przynosi to rezultaty: uznają mnie za znajomego z widzenia, stałego klienta, więc się uśmiechną w sposób naturalny, w kontekście rozmowy. Słowem, trzeba tu najpierw się z ludźmi zaprzyjaźnić.

Nie ukrywam też, że rolę odgrywa różnica wieku. Ja tam mogę czuć się tak młodo, jak sobie chcę ale dla 20-letniej barmanki jestem starym dziadem, przy tym obleśnym, skoro się do niej uśmiecham i ją witam.

Poznałem też jednak dobre barmanki, czujące naturę swojej pracy, które bez problemu przechodziły ze mną na „ty” (który starszy facet tego nie lubi?) i w ogóle były rozmowne i kontaktowe. Co ciekawe, najbardziej roześmiane i bezpośrednie okazują się Ukrainki i w ogóle dziewczyny urodzone poza Polską, np. w Turkmenistanie czy Korei.

Pisałem już o śmiertelnej powadze prowadzących programy radiowe, gdyż i w radiu słychać, czy mówiący się uśmiecha. Wyjątkiem są stacje z muzyką rockową, której prowadzący prezentują głupkowaty luz.

W telewizji spikerzy i spikerki nie uśmiechają się nigdy, to tak oczywiste, że nie muszę tego pisać. W wiadomościach dominują tematy dramatyczne, padają słowa „zdrajca”, „lewak”, „bojówkarze”, „prokurator”, „kasta sędziowska”, „neofaszyści”. Jak tu wymawiać takie słowa z uśmiechem, bez słusznego gniewu i oburzenia. Tak więc twarze są zacięte, czasem tylko pogodynka się uśmiechnie.

Pisałem już też kiedyś, że nie tylko polska opozycja jest smutna, wręcz załamana (ma powody) ale i rządzący, którzy powinni przecież się cieszyć, że mają władzę, że mogą przeprowadzać to co chcą, że wreszcie mają też dobre posady, władzę, posłuch. Ale się nie cieszą – postępuje eskalacja „walki z kontrrewolucją”. Nawet święta państwowe, rocznice, są u nas powodem do zadumy, melancholii, wspomnień, rozdrapywania ran, analizowania na nowo historii i przy okazji przepisywania jej, usuwania i dodawania bohaterów. I jak tu maszerować z uśmiechem na ustach, jak śpiewać wesołe piosenki?

Oczywiście, także i Boże Narodzenie i Wielkanoc obchodzona jest w Polsce rzewnie, na poważnie, na smutno.

To już sobie ustaliliśmy, że Polacy raczej się nie uśmiechają, chyba że do rodziny i przyjaciół. A czy się śmieją? Czy zostało coś z naszego sławetnego poczucia humoru?

Myślę, że jest ono – zawsze było – cechą indywidualną, częstą będącą pochodną inteligencji. Prosty człowiek, gdy wydaje mu się, że sobie z niego żartuję, nadyma się przecież i chce mi dać w mordę.

Niemniej, każdy podobno chce rozrywki. Co może znaleźć?

W Internecie furorę robi kabaret Roberta Górskiego „Ucho Prezesa”. Pokazuje on w satyrycznym świetle obóz rządzący, a przy okazji i opozycję. Serial oglądały miliony osób, w tym i sami ośmieszani politycy, choć czasem mówią, że nie, bo nie mieli czasu; akurat. Niektórzy mówią, że ten kabaret jest tak prawdziwy w przekazie, że aż smutny. Skoro bowiem naprawdę jest tak, jak pokazuje to satyryk, to można się tylko załamać. Niemniej wiele charakterystyk postaci (jak Adrian, czyli Andrzej Duda) stało się powszechnie znanych, a hasło „Adrian” pojawia się na transparentach a nawet w mądrych analizach politycznych.

Są inne grupy kabaretowe, występujące dla dużych audytoriów; ich poziom jest żenujący. Jest kabareciarz Jan Pietrzak, który jednakże śmieszny nie jest zupełnie, skoro dowcip zastąpił nienawistną agitacją polityczną. Szkoda go – i szkoda dawnych polskich mistrzów satyry i ironii. Pożegnaliśmy niedawno Wojciecha Młynarskiego i Bohdana Smolenia, ale można ich – także Laskowika czy Kabaret Starszych Panów – oglądać w Internecie.

Pojawiła sie w Polsce stand-up comedy! Młodzi ludzie wygłaszają przed publicznością monologi. Ba, są tacy mówiący je po angielsku, dla warszawskiej społeczności ekspatów.

Gazetą na śmieszno – jak „The Onion” w USA – jest w polskim Internecie asz. dziennik. Bywa bardzo śmieszny ale powalają niektóre wpisy – ludzie w ogóle nie łapią, że to dla żartu, że to nie są prawdziwe wiadomości. Jak powiedziałem, do łapania humoru trzeba inteligencji.

Trzyma nas przy życiu kilku śmiesznych rysowników, w „Newsweeku” czy „Tygodniku Powszechnym”. Możemy też się pośmiać na amerykańskich komediach pokazywanych w telewizji i kinach (polska kinematografia skupia się na masakrach w Wołyniu czy Smoleńsku).

Słowem, nie jest w Polsce wesoło; powiedziałbym, że raczej ponuro – a poczekajcie co napiszę, gdy znowu przyjdzie zima i smog!

Osobiście może nawet trochę na tej wielkiej smucie korzystam. Jako człowiek sympatyczny i mieszkający długo w Stanach, uśmiecham się – podejrzewam – częściej od innych, robię to czasem mimo woli. Ludzie odbierają mnie więc jako człowieka radosnego i sympatycznego… a może nie? Może mają mnie za idiotę?

Jan Latus