Z Patrizio Buanne o wielokulturowości, polsko-włoskich korzeniach, romantyźmie w muzyce oraz kobietach, rozmawia Katarzyna Ziółkowska.

– Masz na koncie ponad cztery miliony płyt sprzedanych na całym świecie, a tym, co zaskakuje w Tobie najbardziej jest naturalność, skromność, poczucie humoru, dystans do samego siebie i ani kropli wody sodowej, która tak często uderza artystom do głowy.

– Zawsze chciałem być piosenkarzem. Jak byłem nastolatkiem, to moimi idolami byli Michael Jackson i Elvis Presley ale wiedziałem, że choć odnieśli sukces, nie byli szczęśliwi. Nie chciałem być aż tak popularny, żeby nie móc gdzieś na rogu zjeść ulubionej pizzy. Chciałem nagrywać fajne piosenki, które mają dla mnie i słuchaczy znaczenie, ale nigdy nie chciałem być więźniem popularności. Z zawodu nie jestem muzykiem, tylko tłumaczem, studiowałem języki obce. Urodziłem się w Wiedniu, mama jest Polką z Warszawy, tata Włochem z Neapolu. Wychowałem się pomiędzy Wiedniem i Neapolem. W domu mówiłem głównie po włosku. Gdy miałem 17 lat zmarł mój tata i wtedy zacząłem się bardziej interesować moim polskim pochodzeniem. Mówię dobrze po polsku, ale urodę odziedziczyłem po ojcu. Śpiewam romanse włoskie, ale mam serce Polaka. Nie zawsze muszę opowiadać skąd pochodzą moi rodzice, to moja prywatna sprawa. Sylvester Stallone ma mamę Ukrainkę, Enrique Iglesias Filipinkę, ale czy wszyscy ludzie o tym wiedzą? Dziś mówię biegle w sześciu językach: po włosku, niemiecku, polsku, hiszpańsku, angielsku i francusku. Zawsze mnie to multiculti, czyli wielokulturowość pociągała. Jestem sobą niezależnie od kraju w jakim się znajduję, a znajomość innych kultur i języków pozwala mi na większą swobodę w kontaktach z ludźmi.

– Zdobyłeś popularność bez słynnych producentów, bez międzynarodowego radiowego hitu i bez profesjonalnego menedżera. Twoje płyty osiągnęły status złotej w Austrii i Finlandii, Platynowej w Południowej Afryce, a także w Singapurze, Hongkongu, Indonezji, Tajlandi i zdobyły potrójną platynę w Australii. Twój sposób na sukces?

– W moim przekonaniu ważne są trzy czynniki: przeznaczenie, pasja i wierność sobie. Wiem, czego chcę od życia, dokąd dążę. Jestem ambasadorem włoskiej piosenki i jestem z tego dumny. Podchodzę do życia według zasady, że bogatym nie jest ten, który ma więcej, tylko ten, który mniej potrzebuje.

– Mając 11 lat brałeś udział w konkursach talentów, które zresztą wygrywałeś.

– Teraz jestem w Meksyku – nagrywam płytę włoskich i neapolitańskich piosenek po hiszpańsku, ale także latynoskie standardy. Piosenka, napisana dla telenoweli „El Vuelo de la Victoria” o tytule „Me enamore” w ciągu kilku tygodni od jej ukazania się w Internecie ma ponad sto tysięcy oglądnięć. Wtedy jeszcze nie. Tata przyjechał do Wiednia w 1964 r. jako pierwszy kucharz pizzy neapolitańskiej. Mama w 1970 przyjechała do Wiednia na urlop, poznali się tańcząc tango i zakochali się. Potem podróżowali pomiędzy Wiedniem, Warszawą i Neapolem aż zdecydowali, że otworzą pierwszą pizzerię w Wiedniu i w tej restauracji tata grał piosenki włoskie i neapolitańskie. Jako małe dziecko słuchałem ich i śpiewałem z ogromną ochotą. Poźniej odkryłem Elvisa Presleya, Beatles, rock and rolla, bardzo mi się podobały lata 50 –te i 60-te. Nie byłem wielkim zwolennikiem dyskotek, muzyka, którą tam grano brzmiała dla mnie jak walenie patykiem o płot. Zacząłem grać na gitarze i pianinie. Wkrótce doszedł do tego spiew. Występy, żywy kontakt ze słuchaczami sprawiają mi wielką przyjemność. Nie wiem ile mam pieniędzy na koncie, nie insteresuje mnie to i może dlatego woda sodowa mi jeszcze nie uderzyła do głowy. Wiadomo, że człowiek ma wydatki, rachunki do płacenia, ale nie żyję ekstrawagancko.

– Jak rodzice reagowali na twoją pasję? Dali ci jakieś rady?

– Mama i tato zawsze byli bardzo dumni z tego, co robię, ale nie traktowali tego do końca jako pracy – „będziesz stał na ulicy z gitarą”. Było to trochę denerwujące, ale jednocześnie bardzo realistyczne. Mama często mi mówiła, żebym zdobył jakiś zawód, bo „nawet Elvis Presley ciężarówką jeździł.” Mój tata widział tylko moje początkowe sukcesy – bo zmarł na raka jak miałem 17 lat. Kiedy moja kariera nabrała rozpędu w telewizji niemieckiej podziękowałem mojej mamie za lata wsparcia dedykując jej piosenkę „Mamma”. Był to wzruszający moment dla nas obojga. Każda matka martwi się, co wyrośnie z jej dziecka. Gdy mój tata zmarł mama jeszcze bardziej się o mnie martwiła; mówiła „Będę dla ciebie bardziej twarda, będę ojcem i matką”. Mama nigdy mnie nie biła, ale miała twardą rękę. Rodzice muszą być dla swoich dzieci autorytetem. Kocham mamę, jest moim najlepszym przyjacielem, nie tylko dlatego, że jest moją matką, ale dlatego, że jest znakomitym człowiekiem.

– Pamiętasz pierwszy koncert, na który przyszła twoja mama?

– Oczywiście -7 czerwca 1991 o trzeciej po południu. Był to mój pierwszy oficjalny występ. Była mama i tata. Pamiętam, że wtedy używałem bardzo dużo lakieru do włosów, miałem takiego loka a’la Elvis, coś jakby kask na głowie.

– Gdy miałeś 17 lat usłyszał cię producent i zaproponował zaśpiewanie dla Jana Pawła II we Wrocławiu. Piosenkę napisaną pół po polsku, pół po włosku wykonałeś na Mszy przed 85 tysiącami ludzi. Ten występ doprowadził do pierwszego nagrania studyjnego. Nieźle jak na tak młody wiek.

– W sumie tak.. To był 1997 rok, dokładnie 20 lat temu. „Eucharystia i Wolność” – śpiewałem z młodzieżą z całego świata. Potem pojechałem do Włoch i tam dotarło do mnie, że te rock and rolle, które do tej pory śpiewałem to nie był mój styl. Chciałem śpiewać melodie włoskie, które zna cały świat. Namawiano mnie do śpiewania popowych piosenek, a nie staroci. Było dla mnie wtedy wszystko jedno czy to, co śpiewam jest modne czy nie, bo wiedziałem, że muzyka, którą kocham będzie żyła dłużej, niż jeden sezon. Jestem romantykiem i lubię romantyczny repertuar.

– Na scenie rozdajesz róże, dedykujesz piosenki, żartujesz…

–Staram się być naprawdę sobą. Traktuję występ jako zaproszenie do mojego świata. Przed koncertem jestem zwykle troszeczkę zdenerwowany, mam tremę, bo nigdy nie wiadomo czy się ludziom będzie podobało, czy nie. Kucharz może włożyć całe serce w przygotowywaną potrawę, a ten kto jej spróbuje mówi „może być, ale to nic specjalnego”. Podobnie jest ze śpiewaniem. Opinia publiczności jest dla mnie ważna, ale za duży kompromis graniczy z prostytucją. Gdy ktoś mi mówi „Załóż spodnie zielone lub czerwone, bo to będzie fajnie wyglądało, wytatułuj sobie ptaka na plecach, bo będzie ciekawiej” – to moja odpowiedź brzmi – „nie”. Cenię swoje nazwisko i jestem za nie odpowiedzialny. Trzeba być wiernym sobie. Dlatego po koncercie idę do hotelu, wypiję sobie winko, żeby się trochę uspokoić, rozluźnić bo adrenalina ciągle jest. Kiedyś, gdy miałem 20 lat lubiłem styl rockandrollowy, fanki, które czekały po koncercie… Doszedłem jednak do wniosku, że to prowadzi donikąd. Dziś mam 38 lat, na scenie daję z siebie wszystko, ale po koncercie podpisuję autografy, ale na tym koniec.

– Powiedziałeś kiedyś, że w życiu nie oczekujesz niczego, a doceniasz wszystko.

– Już nie. My nie decydujemy o pewnych rzeczach, możemy je planować, ale zależą one od siły wyższej, nazywanej przez jednych panem Bogiem, przez innych przeznaczeniem. Jak idziemy wieczorem spać każdy z nas powinien sobie zadać pytanie „Czy zrobilem dzisiaj wszystko, co powinienem?” To jest trochę tak jak z robieniem ciasta, możemy dać z siebie wszystko, żeby przygotować masę na nie, ale nie wiemy czy nam urośnie, czy się nie przypali w piekarniku. Podobnie jest w życiu. Nie mam teraz dziewczyny, mam jakieś wyobrażenie jaka powinna być, ale wiem, że jak przyjdzie czas to ona się pojawi. Nie robię planów, bo i tak często się zmieniają, ale mam marzenia.

– Wśród twoich fanów nie brakuje kobiet zauroczonych nie tylko Twoim głosem, ale i wyglądem. Mówiąc krótko „O mama mia, he’s Italiano”. Lubisz flirtować?

– Bardzo, dla mnie flirt to kolor życia. Jeśli jest fajna chemia, żart, uśmiech, błysk w oku, trochę inteligentnej ironii, to sama radość z takiego spotkania.

– Co pociąga Cię u kobiet bardziej wygląd czy inteligencja?

– To nie jest trudne pytanie. Pierwsza rzecz na jaką zwracamy uwagę to wygląd. Jeśli kobieta jest zadbana, ma ładne paznokcie, jest pachnąca, ma uśmiech na twarzy, jest pięknie ubrana – to przyciąga. Ale nagle jak otworzy buzię i wypływają z niej same nic nie znaczące banały to zachwyt mija. Nie szukam kobiety perfekcyjnej, bo sam nie jestem perfekcyjny. Gdybym miał jednak wybrać między piękną kobietą, ale strasznie głupią i kobietą, która jest przeciętna z wyglądu, ale z dobrym sercem, oddaną i mądrą, wybrałbym tę drugą. Wygląd człowieka się zmienia, nikt z nas nie będzie całe życie piękny, młody i atrakcyjny. Charakter jednak pozostaje niezmienny.

– Na którą najszybciej zwróciłbyś uwagę: kobietę z książką w ręku, kobietę na obcasach czy kobietę w tańcu?

– Na kobietę w tańcu.

– Dlaczego?

– Na szpilkach kobieta może sobie pochodzić, no i co z tego. Kobieta z książką jest zamknięta w sobie, jest w swoim świecie, gdy ją czyta. Kobieta, która tańczy to kobieta świadoma piękna ruchu, która delektuje się życiem, to kobieta wolna, pewna swojej kobiecości.

– Czy lubisz patrzeć na swoje odbicie w lustrze?

– Nie.

– Co poza głosem cenisz w sobie najbardziej?

– To dobre pytanie. Jestem oddany ludziom. Lubię pomagać, być blisko ludzi.

– Dokończ zdanie – Patrizio Buanne to…

–… to fajny facet.

– Celine Dion powiedziała kiedyś, że „jeśli idziesz za swoimi marzeniami to znaczy, że podążasz za swoim sercem, a jeśli podążasz za sercem to nie może ci się nie udać”. Zgadzasz się?

– Absolutnie tak, sprawdziłem to w życiu.

– Czy łatwo jest wydobywać emocje z ludzi?

– Nigdy nie jest łatwo. Każdy człowiek jest inny. Nigdy nie masz gwarancji na uszczęśliwienie wszystkich. Nie mogę się jednak przejmować każdą opinią.

– Czy popularność jest równoznaczna ze szczęściem?

– Nie. Wystarczy popatrzeć na Elvisa Presleya czy Michaela Jacksona, którzy osiągnęli wielki sukces, ale nie byli szczęśliwi. Szczęście to więcej niż jedna rzecz. Co z tego, że mam pieniądze na ferrari, ale nie mam pieniędzy na bezynę, żeby nim jeździć. Co z tego, że mam drogi elegancki garnitur, ale nie mam okazji, żeby go założyć. Mój sukces to na pewno coś pięknego, ale moim chlebem nie jest tylko ten chleb, który mogę sobie kupić za zarobione pieniądze. Moim chlebem są też brawa fanów.

– W swoich piosenkach jest romantyczna wrażliwość, stawiasz na orkiestrę nie elektronikę.

– Nie mam nic przeciwko instrumentom elektrycznym. Jest jednak coś szczerego i naturalnego, kiedy występujesz z orkiestrą i każdy muzyk w niej grający tworzy magię dźwięku, która żyje tylko w danym momencie, która jest nie do powtórzenia, która odzwierciedla jego talent. W tym jest niezwykła energia. Inaczej odbierany jest koncert z zaprogramowaną perkusją niż ten, na którym na żywo gra perkusista.

– Porównywany jesteś do Chrisa Botti, Adele, Celine Dion, Julio Iglesias czy Toma Jones’a. Co twoim zdaniem łączy cię z tymi artystami?

– Nie wiem, co mnie łączy z Tomem Jones czy z Celine Dion oprócz tego, że ich poznałem i że Tom Jones pogratulował mi i powiedział, że mam fantastyczny głos. Zwariowałem po tych słowach. Celine Dion też jest bardzo sympatyczna. Powiedziałem jej, że chciałbym z nią zaśpiewać, na co ona odpowiedziala: „Jeśli tak ładnie śpiewasz, jak wyglądasz, to bardzo chętnie”. Jest to jednak polityka, interesy. Wszyscy wymienieni przez ciebie artyści są wspaniali, a ich głosy zachwycające.

– Wśród twoich ulubionych artystów znajdują się Elvis Presley, Freddie Mercury, Frank Sinatra, Celine Dion. Gdybyś mógł wybrać koncert tylko z jednym z nich to byłby to…?

– Celine Dion, taka szansa zresztą istnieje, bo ciągle żyje (śmiech). Uważam, że najpiękniejsze duety są z kobietami. Gdybym jednak oni wszyscy teraz żyli i mógłbym wybrać tylko jednego to byłby to Elvis Presley – król jest tylko jeden. Jak król cię zaprasza to nie odmawiasz.

– Twoja najnowsza płyta „Bravo Patrizo” to zbiór 19 utworów przez Ciebie wybranych. Są na niej najwięjsze przeboje z Twego dorobku oraz interpretacje takich włoskich klasyków, jak „Che Sara”, „Parla Piu Piano” czy „L’Italiano”, ale również twoja własna kompozycja „I will love you forever”. Co zadecydowało o takim wyborze podsumowującym twoje dziesięciolecie pracy na scenie?

– Moja wytwórnia płytowa zdecydowala wydać album na jubileusz dziesięciolecia mojego międzynarodwego debiutu – tę piękną kompilację „Bravo Patrizio”. Piosenki były wyselekcjonowane przeze mnie, choć nie było to łatwe. Wybrałem z każdej mojej płyty trzy, cztery piosenki i tak powstała płyta, którą można kupić także w Music Planet na Greenpoincie.

– Jesienią będziesz miał trasę koncertową w USA: 17 września Nowy Jork, 21 września Philadelphia, 7 października New Jersey. Czym nas zaskoczysz?

– Dam z siebie wszystko usłyszycie moje najważniejsze piosenki.
Po koncercie bardzo chciałbym poznać moich polskich fanów. Niektórzy mogą powiedzieć jaki z niego Polak, to makaroniarz, udaje Polaka. Chciałbym, żeby Polacy mnie lepiej poznali, żeby wiedzieli, że wiele nas łączy „z ziemi włoskiej do polskiej”, że jestem dumny z tego, że moja matka jest Polką. Polacy są rozsiani po całym świecie i choć nie mam wyglądu Polaka, bo najczęściej mnie biorą za Włocha, Rumuna lub Cygana (śmiech) i nie mam polskiego nazwiska, to wśród Polaków czuję się jak Polak. Chciałbym, żeby Polacy byli dumni, że jest taki Patrizio Buanne, który jak wielu z nich ma polskie korzenie i który jest z nich dumny.

Rozmawiała: Katarzyna Ziółkowska