Dworzec autobusowy w Nowym Jorku znajdował się w pobliżu Times Square. Wyszedłem ze swą starą walizką na ulicę. Był wieczór. Z metra wysypywały się roje ludzi. Ludzkie postacie o nierozróżnialnych twarzach, opętane zbiorowym szaleństwem, jak chmary insektów, pędziły obok mnie, wprost na mnie i wokół mnie z niezwykłą wprost intensywnością. Wirowały, potrącały się nawzajem i wydawały z siebie jakieś potworne dźwięki. Pisał Charles Bukowski o mieście, które jest – i może być – wszystkim. Każdy ma taki Nowy Jork, na jaki sobie zasłużył – mówi postać z dramatu Janusza Głowackiego. A Paul Auster dodaje, że to jedyne miejsce na świecie, które należy do każdego. Czterdzieści procent populacji Nowego Jorku urodziło się za granicą. To miasto, w którym mówi się w każdym języku. Wyznaje każdą religię. W którym mieszka każda rasa. Cokolwiek pomyślisz o Gotham City będzie prawdą.

*

Piotr Stasik spędził w Nowym Jorku łącznie pół roku. I nakręcił dokument o tzw. zwykłych ludziach. Bohaterów najczęściej poznawał w metrze kursującym między Manhattanem a Brooklynem. W dokumencie „21 x Nowy Jork” pojawia się psychoterapeuta opowiadający o erekcji podczas sesji, recydywista na wózku, który przechwala się, że zamordował człowieka, podstarzały gej doznający przemocy ze strony młodszego kochanka, samotna dziewczyna szukająca szczęścia na Tinderze. Dwadzieścia jeden opowieści. Z których większość – jak mówi reżyser – to historie dość ponure. Może przyciągam ludzi, którzy się potknęli? – zastanawia się. I wyjaśnia, że nie chodził w miejsca uczęszczane przez turystów. A poza jednym poetą -wieszczem na ekranie nie pojawiają się miejscy wariaci. A Polacy? Greenpoint?- dopytuje dziennikarz. „Są w dokumencie. Choćby niewidomy iluzjonista. Ale nie portretowałem Polonii. Byłem raz na ich kolacji, upłynęła pod znakiem nieustannego narzekania, krytyki wszystkiego, co wokół, nietolerancji. To ludzie, którzy mieszkają w swojej zonie, z kraju sprowadzają sobie barszcz, wodę Żywiec Zdrój i wódkę. I tak trwają w tym Nowym Jorku, zbudowanym zresztą polskimi i meksykańskimi rękoma”- mówi. I ma rację. I jej nie ma. Każdy ma taką Polonię, jaką chce mieć. Są ludzie zamknięci w ciasnej przestrzeni polskich dzielnic, żyjących poza językiem, kulturą, amerykańską rzeczywistością. Bywa, że poza czasem. Zastygli niczym owady w bursztynie. I ci, którzy żyją na dwa światy. W mentalnym rozkroku. Czerpiący z obu źródeł. I tacy, którzy wyrwali się z korzeniami i przeflancowali na obcy grunt. Dla których Polska to ledwie mgliste wspomnienie. Czasem niepotrzebny balast. Dziwny kraj, którego nie chcą rozumieć. Ani pamiętać.

*

„Nowy Jork to coraz bardziej plan filmowy, miasto imaginacja, miasto pocztówka zadeptane przez turystów”- mówi Stasik. „Gdybym chciał (tu) żyć na swoim polskim poziomie, musiałbym być milionerem. Wszystko jest drogie. Kiedy ktoś przyjeżdża do Nowego Jorku, mieszka w pokoju w wieloosobowym mieszkaniu, za który płaci tysiąc dolarów”- dodaje z pewnością jaką mają tylko nowoprzybyli. Którym wydaje się, że widzą lepiej. Wyraźniej. Potrafią nazwać. Zdiagnozować. Ocenić. Po kilku miesiącach pobytu formułują zdecydowane opinie. Wydają wyroki. Na miasto, którego zaledwie liznęli. I ludzi, których wyborów nie rozumieją. Robiłam tak samo. Przed laty. Kiedy wracam do pierwszych felietonów, uśmiecham się z politowaniem. Kręcę głową z niedowierzaniem. Że mogłam być tak bezkompromisowa. Nieprzejednana. Sadząc krytyczne uwagi i produkując żenujące uogólnienia. A może miałam rację? Może straciłam zdolność dostrzegania nowojorskich aberracji? Stępiłam zmysły. Przyzwyczaiłam do brudu, smrodu, pośpiechu, zgiełku, miasta w rozsypce, miasta w permanentnej budowie, ciągłej zmianie, ruchu, wiecznym niewyspaniu, zmęczeniu, w którym pełno samotnych frustratów udających, że bawią się świetnie, niespełnionych artystów czekających na pięć minut sławy, starzejących się kobiet wypatrujących potencjalnych mężów, pracujących poniżej kwalifikacji nieudokumentowanych imigrantów rojących o zielonej karcie i całej rzeszy poturbowanych, z których nowojorska wyżymaczka wyciska ostatnie soki?

*

Myślę o reporterskiej robocie. O tym, jak powstają historie o miejscach. I ludziach. Czy w 21 opowieściach można powiedzieć coś istotnego. Otrzeć się o jakąś ogólną prawdę? Ustrzec przekłamania? Wydaje się, że taka próba z góry skazana jest na niepowodzenie. Każdy autor wybiera historie najbardziej nośne. Często skrajne. Wielki sukces. Spektakularny upadek. Nic pomiędzy. Tzw. codzienne życie słabo się sprzedaje. Kto chciałby słuchać o średnio zamożnym, średnio szczęśliwym nowojorczyku, który wiedzie średnio interesujące życie?

*

Zmęczenie i samotność, to – według reżysera „21 x Nowy Jork” choroby wielkiego miasta. „Na co dzień się je zagłusza, płynie z tłumem. Ja też, gdy czułem się źle, wpadałem w siatkę ludzi w metrze. Ale to za mało, by zgubić poczucie niespełnienia. Ono wynika również z ogromu możliwości. W takim mieście jak Nowy Jork zawsze ma się poczucie, że za rogiem kryje się coś atrakcyjniejszego – lepsza praca, fajniejszy partner. Po co pracować nad związkiem, skoro można biec dalej?”- zadaje retoryczne pytanie. A ja myślę o relacjach, które coraz częściej przybierają formę „networkingu”. O koleżance, która na urodzinowe spotkanie wpada tylko na chwilę, bo ma inne plany na wieczór. Na jej liście jestem zaledwie punktem do odhaczenia. Nie ma czasu na rozmowę. Bycie tu i teraz. Nerwowo patrzy w telefon i za chwilę zrywa do lotu. Sobotnie miasto wzywa. Trzeba gonić american dream. Nawet jeśli to iluzja. Nic więcej.

Weronika Kwiatkowska