A nad Wisłą w Warszawie cud niesłychany! Ludzie spotykają się, piją i lulki palą, słuchają muzyki, tańczą i się bawią.

Nad Warszawą zapada zmrok. Jak przystało na miasto zbudowane w formie rzadko rozrzuconych betonowych bloków (Stare Miasto to turystyczna aberracja), nie ma tu specjalnie życia ulicznego i nocnego. Może dlatego, że Polacy, zwłaszcza młodzi, nie mają aż tak dużo pieniędzy do wydania na knajpy. Może też dlatego, że jadanie i pijanie na mieście nie za bardzo leży w naszej mentalności. Warszawa to nie Madryt, tu się kolację jada w domu, przed telewizorem, a alkohol kupuje w monopolowym.

Zgrupowanie kilku klubów nocnych jest przy ulicach Czackiego i Mazowieckiej. Bary w formie czystej znajdziemy zaś w dawnych pawilonach rzemieślniczych na tyłach Nowego Światu. Już o nich wielokrotnie pisałem, o tym nowym sercu Warszawy.

Jednak teraz, w lecie, pawilony są puste. Piątek, sobota, niedziela wieczór, upał ciągle wielki, lecz prawie nikt nie pije piwa przy ustawionych na chodniku stolikach.

Wsiądźmy zatem do tramwaju, zmieńmy lokal. Mamy bowiem przeczucie, skoro zatłoczone zwykle pawilony są teraz wymarłe, że akcja przeniosła się gdzie indziej, że tracimy jakąś super imprezę.

Istotnie, impreza niedaleko się toczy. Wystarczy podjechać jeden przystanek Alejami Jerozolimskimi i wysiąść przy Moście Poniatowskiego. Tramwaj jest zatłoczony młodymi na ogół ludźmi. Wszyscy wysiadają na tym samym przystanku. Dziewczyny, już opalone, w kusych i obcisłych dżinsowych szortach, chłopacy w spodniach worach i sportowych butach. Albo ogoleni albo z hipsterskim zarostem. Dwa światy, który tutaj jednak jakoś się mieszają. Niemal każdy przedstawiciel młodzieży niesie torbę reklamówkę, w której podzwaniają wesoło butelki taniego alkoholu. Piwa Królewskie i Perły, czysta wódka, wino niesnobistycznej marki.

Rzesza ludzi wali też ulicami Powiśla. Zapominalscy zaopatrują się w alkohol w ostatnim przed linią brzegową sklepie spożywczym Express.

Podążam za ciżbą ludzką. Przeważają licealiści i studenci ale powiedziałbym, że dobre 10 procent jest też ludzi w średnim wieku. Tłum schodzi do rzeki, gdyż wzdłuż jej brzegów jeszcze za Gierka zbudowano coś w rodzaju bulwarów – wielkie schodzące ku Wiśle betonowe schody. Dziś porośnięte chwastami i trawą, wyglądają niczym ruiny długawej azteckiej piramidy.

W ogóle brzegi Wisły to widok niespotykany w innych dużych miastach, zwłaszcza w Europie. Ponieważ ciągle odkładano plany zagospodarowania brzegów, Wisła pozostała rzeką dziką, nieuregulowaną. W środku wielkiego miasta rzeka płynie wzdłuż łach piasku, mielizn, krzaczorów, plaż z pasem piasku o szerokości kilku metrów. W odróżnieniu od znanej nam zabudowy Hongkongu Manhattanu, Londynu, Paryża, od wody nie odbijają się w Warszawie światła wielkiego miasta, neony, świecące maszty biurowców i hoteli z metalu i szkła. Od strony Powiśla po drugiej stronie rzeki widać – istotnie ładny – wiklinowy koszyk nowego Stadionu Narodowego. Zza linii drzew ledwo wystaje kilka gomułkowskich, 10-piętrowych bloczków na Pradze. I to tyle. Równie dobre moglibyśmy być gdzieś na wsi nad Bugiem.

Ponieważ ostatnie trendy w dziedzinie gospodarowania wodami są takie, że pogłębianie dna i nadmierna regulacja rzek przyczynia się do powodzi i innych nieszczęść, być może Wisła w Warszawie taka dzika już zostanie na zawsze. Hipsterom i ekologom na rowerach (jeździ tu ich pełno) na pewno to się spodoba. A innym obywatelom? Miniankieta, którą zleciłem na reprezentatywnej próbce społeczeństwa, dała zaskakujące rezultaty. 80 procent chciałoby, żeby brzegi Wisły stały się bardziej wielkomiejskie w charakterze.

Wzdłuż bulwarów postawiono niezliczone bary – budy z rozstawionymi przed nimi, na trawie lub piasku, stolikami i leżakami. Parasole i namiotowe zadaszenia tworzą atmosferę wakacji, lata w mieście. W popularnym barze Hocki-Klocki urządzane są koncerty. Nawet po północy trudno tam się przebić przez tłum.

Jest też ciąg straganów z zakąskami z całego świata (pierogi, burritos, hamburgery, kuchnia tajska) i jest kilka zacumowanych starych statków pasażerskich, które teraz służą jako hotele albo bary. Mam taki ulubiony. Najpierw przechodzę przez pokryty boazerią, pachnący wilgocią dolny poziom statku. Na piętrze, pod tymczasowym zadaszeniem, mogę wypić piwo i zjeść proste danie. Przychodą tu ludzie w każdym wieku. Patrzą na Wisłę i nieustanie przepływające statki wycieczkowe.

Idylla zatem? Nie do końca. Bulwarami zachwyciłem się, gdy znalazłem się tam wczesnym wieczorem, pomiędzy godz. 7 i 10. Gdy jednak przyjechałem znowu o północy w sobotę, poczułem się nieswojo. Ten już napity w domu tłum sunął w stronę rzeki, operując (bez względu na płeć), słowami na j, ch, p. Latarni nad rzeką prawie nie ma; nie ma też policji, koszy na śmieci też nie za wiele. Miałem wrażenie, że przychodzi tu grupa kiboli po meczu, a może po prostu tzw. prości ludzie z blokowisk, „słoiki” z innych miast, których nie stać na piwo w barze za 10 zł, więc kupują za 3 zł w sklepie. I uwalają się nad rzeczką. Siedzą w grupach znajomych, romansują z dziewczynami. Co chwilę słyszę brzęk zbitej przez nieuwagę butelki – oklaski i rechot rozbawionego tym zdarzeniem tłumu. Wszyscy palą papierosy. Idąca przede mną dziewczyna jest tak pijana, że przewraca się na chodnik. Ta impreza masowa na świeżym powietrzu jest możliwa dzięki kruczkowi prawnemu – bulwary są traktowane jak strefa gastronomiczna, dlatego można spożywać alkohol w tym miejscu publicznym.

Będę tam chodził nadal, ale wtedy, gdy widać jeszcze słońce nad rzeką i można patrzeć pod nogi.

A młodzi? Nie krytykuję ich, raczej im zazdroszczę. Gdybym był w ich wieku i w ich sytuacji życiowej, pewnie też spędzałbym letnie noce nad Wisłą. Upijałbym się z kolegami, zaczepiał dziewczyny. I zażywałbym na tym pasie ziemi wzdłuż brzegu Wisły wolności, naturalności, beztroski i bezhołowia, tak dziś rzadkich w zachodnim świecie.

Jan Latus