Wtorek

(…) Wielka Siostro
tak wiele mam do ciebie zapytań?
zwłaszcza gdy łaska sensu
opuszcza stronice dni
A nawet karty mądrych książek
Czemu uparcie odpowiadasz mi
prostym pismem dymu
a ja ciągle boję się zrozumieć (…)
Anna Kamieńska, „Doktor Edyta Stein”

Poprzez lekturę Anny Kamieńskiej wracam do Edyty Stein. Żydówki, filozofa, ale także świętej Kościoła katolickiego – karmelitańskiej mniszki Teresy Benedykty od Krzyża. Niesamowita postać uczonej, która odkryła w sobie Boga i poszła za jego głosem do ekstremum. Jak pisał o niej Jan Paweł II, który dokonał kanonizacji Stein w 1998 r.: „Edyta Stein, pochodząca z rodziny żydowskiej, porzuciła błyskotliwą karierę naukową, by zostać karmelitańską mniszką, przybierając imię Teresy Benedykty od Krzyża i zmarła w obozie zagłady w Oświęcimiu, jest symbolem dramatów Europy naszego stulecia”.

Jej metoda zamykała się w stwierdzeniu, że „Bóg jest prawdą. Kto szuka prawdy, szuka Boga, choćby o tym nie wiedział”. Jednak najważniejsze świadectwo dała na sam koniec, gdy rezygnując z możliwości ocalenia, świadomie wybrała śmierć z rąk Niemców razem z innymi Żydami. „Nie róbcie tego, dlaczego miałabym zostać wyłączona? Czyż sprawiedliwość nie polega właśnie na tym, że nie powinnam czerpać żadnych przywilejów z mojego chrztu? Jeżeli nie mogę dzielić losu moich braci i sióstr, moje życie jest jakby zniszczone” powiedziała do tych, którzy chcieli ją ocalić. Wyruszając w swoją ostatnią drogę z siostrą Różą, powiedziała jej: „Idziemy cierpieć za swój lud”. Najprawdopodobniej 9 sierpnia 1942 r. zginęła w komorze gazowej w KL Auschwitz. Prochy przyszłej świętej, jak setek tysięcy innych, rozrzucono po okolicy lub wrzucono do Wisły.

Środa
Nawałnice w północnej Polsce to niewyobrażalna katastrofa. Sześć zabitych osób ale także ogromne straty w lasach. Dosłownie w kilka, kilkanaście minut wiatr zniszczył 45 tysięcy hektarów drzew. To ilość drewna, która zmieściłaby się do 38 tysięcy wagonów kolejowych. „Największa w historii Lasów Państwowych klęska”… „Lasy zginęli” jak mówił jeden mieszkaniec miejscowości Rytel, gdzie przez pokolenia wychowywano się w otoczeniu lasów a teraz wszystko połamane. Usuwanie zwalonych drzew będzie trwać tygodnie, ale teraz walka trwa o jak najszybsze udrożnienie rzeki Brdy, bo idą deszcze i istnieje groźba kolejnego żywiołu: zalania przez wezbrane wody. Kolejne przypomnienie nam, ludziom, że pomimo wszystkiej nauki i techniki, dalej jesteśmy igraszką w ręku żywiołów. Albo Boga, jak ktoś wierzy, który przewyższa wszystkie ludzkie rozumy.

Czwartek rano
Kwestia reparacji wojennych ze strony Niemiec na rzecz Polski za II wojnę światową. „Gazeta Wyborcza” – wykorzystująca każdą możliwość aby dokopać PiS, nawet kosztem polskiej racji stanu – triumfuje: rząd Beaty Szydło nie popiera kwestii żądań reparacji wojennych. „Wyborcza” powołuje się na odpowiedź MSZ na interpelację posła PiS Adama Ołdakowskiego. Zapytał on czy polski rząd zamierza ubiegać się o reparacje wojenne od Niemiec, wskazując, że rząd PRL, który w 1953 roku zrzekł się odszkodowania od Niemiec, nie miał wystarczającej legitymacji społecznej, aby wypowiadać się w imieniu narodu polskiego, bo był to rząd wybrany w sposób oszukańczy i zależny od Związku Radzieckiego.

Na zapytanie posła odpowiedział wiceminister Marek Magierowski, stwierdzając, że „na mocy umowy poczdamskiej z 1945 roku polskie reparacje miały zostać zaspokojone w ramach reparacji przypadających ZSRR” (…) W 1953 roku Moskwa zrzekła się jednak zadośćuczynienia od komunistycznej NRD. Następnego dnia podobne oświadczenia wydał rząd Polski, ale zrzekł się reparacji od całych Niemiec” – czytamy w GW. Magierowski przyznał, że „niezależnie od współczesnych ocen tego faktu polska doktryna skłania się ku stanowisku, że oświadczenie z 1953 roku stanowi wiążący jednostronny akt Państwa Polskiego”.

No i już jest zadyma, bo „Wyborcza” z lubością cytuje wiceministra aby pognębić czołówkę PiS, włączenie z prezesem Kaczyńskim. Oczywiście MSZ pisze wyjaśnienia, gdzie stoi na stanowisku pełnego legalizmu. Czytamy: „Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w swojej odpowiedzi na interpelację posła Adama Ołdakowskiego, przywołuje m.in. stanowisko rządu RP z 2004 r., stwierdzając, że nie uległo ono zmianie. Od tamtego czasu bowiem nie były podejmowane formalno-prawne decyzje w tym zakresie. Sformułowanie to jest wyłącznie opisem istniejącego stanu faktycznego. Nieuprawnione jest więc wyciąganie z niego wniosku, że obecny rząd „podtrzymuje” stanowisko z 2004 r. bądź, że ‘nie popiera reparacji”. Okej, może być. Ale dalej urzędnicy się pogrążają: „We wspomnianym piśmie mowa jest także o wcześniejszej uchwale Rady Ministrów PRL z 23 sierpnia 1953 roku. MSZ zaznacza, iż „[…] polska doktryna skłania się ku stanowisku”, iż oświadczenie to „stanowi wiążący, jednostronny akt Państwa Polskiego – podmiotu prawa międzynarodowego”. MSZ jednocześnie podkreśla, iż „niektórzy przedstawiciele polskiej doktryny podważają takie rozumowanie”. No i ten kwiatek: „W tej samej odpowiedzi poseł Adam Ołdakowski został poinformowany, iż „obecnie z uwagi na oświadczenie z 1953 r. oraz jego potwierdzenie przez rząd RP w 2004 r. możliwość skutecznego wystąpienia z roszczeniami reparacyjnymi wymaga dalszych analiz”. Obecnie MSZ, wspólnie z innymi instytucjami państwowymi, kompleksowo bada przedmiotową problematykę.”

A więc po co była ta cała histeria wzniecana w sprawie reparacji, skoro MSZ „skłania się ku stanowisku” legalności decyzji władz PRL? Przecież od początku chodziło o wykazanie, że komuniści zrzekli się reparacji nieskutecznie i trzeba do sprawy wrócić. A tak, MSZ w odpowiedzi na interpelację jakiegoś posła, daje amunicję stronie niemieckiej. Bo, że cały fachowy sztab w Berlinie śledzi już sprawę, nie mam wątpliwości. Nawet jeśli kwestia reparacji miała być tylko lewarowaniem polskiej pozycji wobec Niemiec, to takie kwiatki skutecznie paraliżują akcję dyplomatyczno-propagandową. Ale co tam, być może wcale nie chodziło o żadne reparacje, a tylko o wzbudzanie jakichś dreszczy wśród zwolenników Najbardziej Dobrej Zmiany (już „Gazeta Polska” sieknęła okładką z Niemcami łamiącymi szlaban graniczny w 1939 r.). Jeśli tak, to… czysty idiotyzm, bo sprawa ważna i nie można nią szafować do propagandowych celów. Cieszą się więc pewnie w Berlinie, że Polacy się załatwiają sami: raz brakiem koordynacji politycznej obecnej władzy, dwa – dzięki sprawnej akcji „Gazety Wyborczej”, która w imię walki z PiS, gotowa jest się wyrzec wszystkiego, nawet polskiej racji stanu.

Jeremi Zaborowski