Gdyby skupić się tylko na oglądaniu wiadomości w CNN, MSNBC i czytaniu “New York Timesa” można by odnieść wrażenie, że najpoważniejszym problemem w USA są prawicowi ekstremiści. To nieprawda.

Amerykańskie media od wielu dni debatują o wydarzeniach w Charlottesville w Wirginii, gdzie wybuchły zamieszki podczas protestu przeciwko usunięciu pomnika generała Roberta Lee, dowódcy wojsk Konfederacji w czasie wojny secesyjnej. W spokojnym zazwyczaj studenckim mieście doszło w minioną sobotę do regularnej bitwy neonazistów i zwolenników teorii o wyższości rasy białej, którzy bronili pomnika, z uczestnikami kontrmanifestacji, którzy byli za jego usunięciem. W pewnym momencie 20-letni James Fields, sympatyk neonazistów, wjechał samochodem w tłum kontrmanifestantów, zabijając na miejscu 32-letnią kobietę i raniąc 19 osób.

Po tym tragicznym finale protestu w mediach rozpętała się dyskusja, która szybko nabrała wątku politycznego. W jej centrum jak zwykle znalazł się prezydent Donald Trump, który zdaniem dużej części mediów niezbyt wyraźnie potępił prawicowców, a odpowiedzialnością za eskalację napięcia obciążył po równo obie strony sporu, przypominając na konferencji prasowej, że także członkowie lewicowej Antify przybyli do Charlottesville z kijami baseballowymi i także oni byli agresywni.

Nad stwierdzeniami Donalda Trumpa można debatować w nieskończoność. Można, tak jak robią to niechętne mu media, na ich podstawie wysnuwać teorię, że jego prezydentura doprowadziła do wzmocnienia w USA ekstremalnej prawicy, że pogłębiła jeszcze bardziej podziały w amerykańskim społeczeństwie i że właściwie to Trump za ten podział odpowiada. Tego rodzaju narracja jest jednak całkowicie fałszywa.

Organizacje neonazistowskie działają w Stanach Zjednoczonych od dziesięcioleci i dodajmy bo to ważne, działają legalnie. Daje im do tego prawo amerykańska konstytucja. Neonaziści korzystając z prawa do wolności wypowiedzi mogą też publicznie wymachiwać faszystowskimi flagami, tak jak to miało miejsce w Wirginii. Może się to nam nie podobać, możemy uważać to za głupie, czy wręcz obraźliwe, ale takie jest prawo.

Wydarzenia w Charlottesville miały dramatyczny finał, a śmierć 32-letniej Heather Heyer jest tragedią. Nie jest to jednak coś co może zagrozić stabilności USA. Wbrew wrażeniu jakie wywołują alarmistyczne czołówki gazet i programów telewizyjnych, Stanom Zjednoczonym nie grozi druga wojna secesyjna, a prawicowi ekstremiści nie zaczną za chwilę szturmować Białego Domu. W Waszyngtonie akurat w ogromnej liczbie manifestują organizacje o tendencjach lewicowych, co swoją drogą też nie jest żadnym problemem, a jedynie objawem zdrowej, obywatelskiej demokracji.

Ekstrema była taka jaka jest przed Trumpem i pozostanie taka sama po Trumpie. O to, że jej przedstawiciele zdobędą kiedyś rzeczywisty wpływ na władzę także nie musimy się obawiać. Stanowią oni przecież mało istotny margines.

Wyolbrzymianie znaczenia protestu w Wirginii odwraca uwagę od rzeczywistego podziału i rzeczywistego problemu, z którym Ameryka musi sobie poradzić. Mowa o nierównościach ekonomicznych. To właśnie rosnąca przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi w USA, a nie awantury wywoływane przez ekstremistów, wymaga dyskusji i wysiłku polityków.

Na razie się na to nie zanosi, ale protest w Wirginii powinien spowodować ostudzenie nastrojów i spokojniejszą dyskusję nad tym co zrobić z pozostałościami po słynnych postaciach Konfederacji. Z pewnością usuwanie pomników nie powinno się odbywać tak jak miało to miejsce w Durnham w Północnej Karolinie, gdzie tłum młodych ludzi samodzielnie obalił pomnik jednego z liderów Konfederacji, a stojąca obok policja filmowała jedynie całe zajście. Decyzje o tym czyj pomnik zostawić, a czyj usunąć, powinny być podejmowane w wyniku politycznego procesu, a nie dyktatu ulicy.

Czytelnicy mojej rubryki w Kurierze Plus wiedzą, że rzadko zdarza mi się zgadzać z Donaldem Trumpem. Komentując protest w Charlottesville przyznaję mu jednak rację. Nie wszyscy, którzy byli przeciwko usunięciu pomnika Generała Lee, to neonaziści lub biali rasiści. O samym generale Lee warto zaś wiedzieć, że wprawdzie jako żołnierz walczył on po stronie stanów chcących utrzymać niewolnictwo, ale jako cywil wielokrotnie wypowiadał się przeciwko secesji. Wielu historyków podkreśla także, że Lee osobiście był przeciwnikiem niewolnictwa. Po zakończeniu wojny wspierał program rekonstrukcji wprowadzany przez prezydenta Andrew Johnsona. Znane jest też jego wygłoszone już po wojnie stwierdzenie: „choć byłem zaangażowany w wojnę po stronie, która chciała uwiecznić niewolnictwo, jestem szczęśliwy, że zostało ono zniesione. Wierzę, że będzie to w interesie amerykańskiego południa”.

Tomasz Bagnowski