Po powrocie z Polski Nowy Jork wydał mi się miastem śmierdzącym, brudnym, zatłoczonym i nadmiernie już przepełnionym najróżniejszymi dziwadłami z całego świata. Nie są one dla mnie atrakcyjnymi obiektami, przeciwnie postrzegam je jako osoby niezupełnie zdrowe umysłowo. Niezupełnie zdrowe umysłowo są również w moim przekonaniu osoby wytatuowane. A jest ich coraz więcej. Krótko mówiąc wszelkie tatuaże odbieram jako przejaw – delikatnie mówiąc – braku mądrości. Niezupełnie zdrowe umysłowo wydają mi się także monstrualnie grubasy. Wiem, że pisząc to narażam się zwolennikom niczym nie ograniczonej tolerancji, jestem jednak przekonany, że nadszedł już najwyższy czas, by nazywać rzeczy po imieniu i piętnować także i te przejawy głupoty. Rzecz jasna nie mam na myśli tylko Nowego Jorku. Boli mnie też nasza rodzima głupota modna wciąż i tolerowana w imię fałszywie rozumianej demokracji i swojskości. W pełni zgadzam ze zmarłym kilka dni temu pisarzem Januszem Głowackim twierdzącym, iż tak głupio jak obecnie jeszcze nie bylo. Ano nie było!

$

Tenże Janusz Głowacki – „Bo ogólnie jesteśmy narodem łagodnym, szlachetnym i dobrodusznym. I to nie jest nawet nasza zasługa. Po prostu taką naturę otrzymaliśmy od Boga. Najlepszy dowód, że powiesiliśmy tylko dwóch biskupów, zamordowaliśmy tylko jednego prezydenta i spaliliśmy tylko jedną stodołę pełną ludzi. Mogą nam wiele zarzucić, ale jesteśmy wyrozumiali jak mało kto. W naszym kraju można okraść, ukraść, zdradzić, oszukać, ostatecznie zamordować i jakoś tam zrozumiemy i wybaczymy (…) Tylko jednego wybaczyć nie możemy. Sukcesu.

$

Kiedy idę ulicami polskiego Greenpointu zawsze szokuje mnie prymitywny język rodaków i słowo „kurwa” używane jako przecinek. Im prymitywniejszy rodak, tym więcej kurew. I nikt już na to nie zwraca uwagi. Przywykliśmy. Mężczyźni dodają sobie „kurwami” męskości, kobiety, sygnalizują nimi, że są równie silne jak mężczyźni i nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Także w ojczyźnie „kurwa” jest najpopularniejszym słowem. Pisze się i mówi o tym od lat, niestety bez żadnych rezultatów. Pisarze, chcąc pokazać, jak dobrze znają polską mowę i są za pan brat z polską ulicą, chlastają „kurwami” na lewo i prawo. Literatura już dawno przestała być wzorem mowy i nie jest też kreatorem jej piękna. Język wielkich klasyków na nikogo dziś nie oddziaływuje, zaś człowiek mówiący poprawnie postrzegany jest jako relikt minionych epok, albo jako dziwak.

$

Na przedstawieniach sprowadzanych ze świata przez Lincoln Center i Brooklyn Academy od Music prawie nigdy nie widuję rodaków. Na przedstawieniach amerykańskich teatrów na szeroko pojętym Broadway’u także nie słychać polskiej mowy. Myślę zatem, że w pojęciu Polaków teatr jest sztuką elit tworzoną dla elit. W Polsce te elity stanowią może pięć procent populacji, zaś wśród Polonii Amerykańskiej zaledwie jeden procent. Smutne. Rzutuje to silnie na nasze niewielkie znaczenie w Stanach.

$

Kiedy przed wieloma laty prowadziłem przez kilka miesięcy w „Nowym Dzienniku” stronę informującą o nadchodzących wydarzeniach kulturalnych, rzadko kiedy ktoś z czytelników pisał lub telefonował do redakcji informując, że obejrzał coś z tego, co polecałem. O koncertach muzyki poważnej już nie wspominam, bo nie interesował się nią niemal nikt. Podobnie było w „Naszym Radiu”, gdzie przez jakiś czas prowadziłem dział kulturalny. Jednak pewnego razu dostałem list od czytelniczki „Nowego Dziennika”, która napisała dosłownie tak – „Szanowny Panie Redaktorze, bardzo Panu dziękuję za polecane wydarzenia kulturalne. Wprawdzie nigdy na nie nie chodzę, ale dzięki Panu wiem, na czym nie byłam”. Był to jeden z moich nielicznych „sukcesów” publicystyczno-radiowych.

$

Pisałem już parokrotnie, że potrzebny jest dobry film o Henryku Sławiku, polskim bohaterze, którzy uratował około pięciu tysięcy Żydów. Jego życiorys jest świetnym materiałem na scenariusz i powieść biograficzną. Był wybitnym dziennikarzem i aktywnym działaczem plebistycytowym na Górnym Śląsku. Brał udział w trzech kolejnych Powstaniach Śląskich, działał w Polskiej Partii Socjalistycznej. Podczas II Wojny Światowej wraz z Józsefem Antallem organizował pomoc dla uchodźców, którzy znaleźli się na Węgrzech. Dzięki ich wysiłkom ocalało prawie 20 tysięcy uchodźców, wśród nich około pięciu tysięcy wspomnianych Żydów. Niemcy aresztowali Sławika w 1944 roku. Podczas przesłuchań nie przyznał się do znajomości z Antallem i całą odpowiedzialność wziął na siebie. Został powieszony w obozie koncentracyjnym w Mauthausen 23 sierpnia tegoż roku. Po latach Yad Vashem odznaczył go tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Postacią godną upamiętnienia jest także jego żona Jadwiga, która przeżyła obóz w Ravensbruck. Świat jednak wciąż niewiele wie o małżeństwie Sławików i Józsefie Antallu oraz o osobach, które im pomagały: Zdzisławie Antoniewiczu, węgierskich księżach – Militosie Beresztoczym i Arpadem Hanauerze oraz prymasie Węgier Jusztinianie Seredim. Polskie i węgierskie placówki dyplomatyczne i polskie Instytuty Kultury działające za granicą rozsławienie tych dwóch bohaterów na Zachodzie i w Ameryce powinny uczynić jednym z głównych celów swej działalności. Dziwię się, że obecne polskie władze nie zamówiły jeszcze odgórnie owego filmu. Czyżby dlatego, że Sławik był socjalistą?

$

Skoro mowa o ratowaniu Żydów, warto przypomnieć również nieznane dokonania w tej mierze mierze osób tak sławnych jak Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Aleksander Zelwerowicz i jego córka Helena, czy Mieczysław Fogg. Oni także zostali odznaczeni przez Yad Vashem.

$

W moich snach ponownie pojawia się Chrystus. Który to już raz? Czeka na mnie w białej szacie stojąc na morskiej błękitnej wodzie, a kiedy się doń zbliżam, unosząc się nad tą wodą, on oddala się trochę, po czym przystaje i dalej czeka. Ja zatem znowu idę ku niemu i kiedy się już zbliżam na taką odległość, że dobrze widzę jego sylwetkę, on znowu się oddala. Kiedy, po którymś oddaleniu, nie chcę już dalej iść, on przywołuje mnie ręką. I idąc ku niemu ponownie, budzę się rozżalony, że znowu doń nie doszedłem. Wędrowanie ku Chrystusowi jest moim najczęstszym snem od dzieciństwa. Czasem w snach on sam pojawiał się na mojej drodze np. jadąc na osiołku. Bywało, że objawiał mi się w nich jako rzeźba. Może dlatego, że kiedy pracowałem w Teatrze Nowym w Łodzi, mijałem rzeźbę przedstawiajacą Chrystusa, kiedy szedłem do swego pokoju za sceną. Zawsze ją dotykałem. Była piękna sama w sobie. Tak piękna, jak i spektakl „Dialogus de Passione”, w którym grała. Wyreżyserował go ateista i były komunista – Kazimierz Dejmek. Przedstawienia religijne wychodziły mu tak świetnie, że księża polecali je z ambony. Tak to w niedawnych dziejach polskiego teatru bywało.

Andrzej Józef Dąbrowski