I kto by się spodziewał, że po blisko 30 latach utyskiwania na amerykańską Polonię, będą ją teraz chwalił. Może złagodniałem z wiekiem? A może zapominam o złych doświadczeniach?

Przyznaję, że po przyjeździe do Ameryki biłem w Polonię jak w bęben. Nie tylko na nią pyszczyłem, ale i kłułem ją piórem złośliwego dziennikarza. Wszyscy w nią biliśmy jak w bęben, w tzw. starą Polonię, czyli organizacje, domy narodowe, pikniki i parady, które już tu były gdy przyjechaliśmy. Najczęstszy zarzut wobec nich brzmiał: oni nie chcą nam pomóc, nowoprzybyłym, tzw. emigracji solidarnościowej. Przyglądają nam się nieufnie, podejrzewają o komunistyczną agenturalność – i mówią, że pomóc nie są w stanie. Bo nie mają pieniędzy, bo statut im nie pozwala na załatwianie prac, pożyczek, legalizacji pobytu. Zresztą, nie mają takich uprawnień i możliwości. Dostrzegaliśmy pewien komizm, fasadowość, operetkowość tych instytucji. Te napuszone tytuły: prezesów, prezydentów, dyrektorów, skarbników, sekretarzy i komisarzy, prezesów honorowych i rad nadzorczych. Więcej bywało tytułów niż członków, i więcej członków niż pracy dla nich do rozdania. Te organizacje często funkcjonowały bowiem w świecie urojonym, odrealnionym. Spotykano się, żeby wybrać zarząd, a potem by zarząd składał sprawozdania sobie samemu. Dawano sobie odznaczenia, plakiety, złote puchary i statuetki z plastiku. W biuletynach opisywano własną działalność, na którą szły zresztą wszystkie składki.

Młodsze pokolenie Polonii nie mogło się nadziwić, że jest przez „dziadków” lustrowane politycznie (sami potem jednak ich w tej mierze zakasowali). Dziwili się też, że te organizacje są wewnątrz takie skłócone (znowu – imigracja mojego pokolenia i tu przewyższyła wszystko, co było przed nią).

Te stare organizacje robiły głównie bale, gale, parady, pikniki, festyny, a czasem wybory Miss (co akurat wszystkim nam się podobało – odrobina erotyzmu w polonijnej parafii nie zaszkodzi). Tańczyli polkę, częstowali kiełbasą i pierogami, a ich siedziby były w wątpliwym guście i zapuszczone.

Patrzyliśmy też z góry na starą Polonię, że tak mało znaczy w Ameryce. Że mocni w słowach między sobą, nie są w stanie wywierać wpływu na amerykańską politykę. W odróżnieniu np. od Żydów, których skrycie podziwialiśmy za wzajemne wspieranie się i przebojowość, starzy Polonusi to byli dla nas poczciwi dziadkowie i babcie, plebejskiego pochodzenia, bez jakichś szczególnych karier, osiągnięć i majątków, więc dowartościowujących się przez wzajemne obdarowywanie się splendorami w swoich organizacjach.

Czy coś pominąłem? Chyba nie. Jakiś stary Polonus i działacz, gdy to przeczyta, może poczuje się urażony. Ale tak serio, czy nigdy tego nie słyszał? Przecież tak mówiono i pisano o amerykańskiej Polonii przez kilkadziesiąt lat.

Pewnie w tych zarzutach i ocenach było dużo racji. Dziś jednak patrzę na starą Polonię inaczej. Łagodniej, nawet z sympatią i szacunkiem. Może dlatego, że z perspektywy dzisiejszej Polski, gdzie wszystko: oceny patriotyzmu, walka polityczna, rozmowy między ludźmi są niezwykle przerysowanie i drapieżne, w tych starych domach narodowych wszystko było jakby na niby, jak w filmie rysunkowym o Rodzinie Muminków. Owszem, walczono o (bezpłatną) funkcję prezesa, obrażano się na inne organizacje, ale to w obecnej Polsce walka polityczna oznacza rzeczywiste złamanie – lub szybkie zbudowanie – kariery, utratę wszystkiego lub „ustawienie się” na całe życie.

Chciałbym się jeszcze bardziej cofnąć w czasie, do Amerykanów polskiego pochodzenia. Znowu się z nich naśmiewaliśmy: że kaleczyli polski albo już wcale po polsku nie mówili, że byli śmiesznie ubrani, i że mieli wyidealizowaną wizję ojczyzny.

A jaką mieli mieć? W tamtych czasach do Polski się nie wracało, nawet nie jeździło z wizytami. Po II wojnie światowej wielu imigrantów miało zamkniętą drogę do kraju – zresztą nie chcieli o nim myśleć jako realnej opcji, jak to jest dzisiaj. Była to porzucona miłość z czasów młodości, piękny obraz opisywany przez rodziców i w klasyce literackiej. Im odleglejsze były polskie korzenie, tym z większą czułością ci ludzie mówili o Polsce. Nawet gdy zaledwie mieli, po prababci, jakąś domieszkę polskiej krwi, mówili o tym z dumą – bez ambiwalencji w ocenie kraju, którą odznaczało się moje pokolenie.

Z czułością patrzyłem na te panie w trwałej na głowie, pobierające pieniądze za bilety na bal. Ludzi zwykłych amerykańskich żywotów i zawodów, którzy czuli się uhonorowani – i dookreśleni pod względem narodowościowym – gdy otrzymywali jakieś polonijne wyróżnienie.

Dzieci i wnuki tych ludzi nie mówiły oczywiście po polsku, często nie były nigdy w naszym kraju, ale zawsze była w nich jakaś duma. Zauważmy zresztą, że i urodzone w Stanach dzieci ludzi mojego pokolenia, choć często całkowicie amerykańskie, mają mimo wszystko (a może – właśnie dlatego?) pozytywne, akceptujące, a czasem entuzjastyczne, nastawienie do Polski.

Powoli podupadają, zamykają się polskie parafie w Upstate New York, domy narodowe w Illinois, centra kultury w Connecticut i na Brooklynie. Czasem jakiś polski dyplomata, gdy mu się chce, pojedzie tam na uroczystość. Widzi od razu, że nie są to grupy dynamiczne i przyszłościowe. Mimo wszystko, może poczuć do tych szczerych patriotów szacunek.

W realnym świecie – Polski (tylko) dla Polaków, Meksykanów w Meksyku – nie ma tego postawienia w nawias, którym zawsze kończy się odtworzenie narodowych elementów na obczyźnie.

Wspominam więc z sentymentem te złocone sale, biura wyłożone sztuczną boazerią, dyplomy i proporczyki na ścianach, statuetki w gablotach, ten patriotyczny kicz bliski sercu wyróżnionym działaczom.

Kto wie może lepiej, zamiast zanurzać się w realności i dosłowności kraju, wybrać do życia miejsce inne, neutralne, i tam budować tego kraju makietę, wspomnienie o nim stworzone z wybranych przez nas elementów? Zamiast życiem bieżącym, żyć wspomnieniami i marzeniami? Zamiast się zżymać na Polskę, do niej tęsknić?

Jan Latus