Amerykańska obecność w Afganistanie trwa 16 lat. Wojna tam prowadzona jest najdłuższą wojną w jaką kiedykolwiek zaangażowane były Stany Zjednoczone.

Po niedawnym wystąpieniu Donalda Trumpa, który na początku tygodnia pod Waszyngtonem przedstawił nową strategię Ameryki w Afganistanie wiemy, że wojna ta trwać będzie nadal. Nie wiemy, kiedy się zakończy i nie wiemy jakie kryteria muszą zostać spełnione by amerykańskie wojska wróciły do domu. Prezydent w swoim wystąpieniu nie określił tych warunków wyraźnie.

„Ostatecznie zwyciężymy” – zapewnił Trump. Co jednak oznacza zwycięstwo też tak naprawdę nie wiemy.

Dla wszystkich tych, którzy sądzili, że prezydentura nowojorskiego biznesmena będzie oznaczała nowe podejście do konfliktu afgańskiego jego poniedziałkowe wystąpienie musiało być kubłem zimnej wody na głowę. Dlaczego? Bo Trump krytykował obecność USA w Afganistanie od wielu lat. Już w 2012 roku pisał na Twitterze, że konflikt ten nie przynosi Ameryce żadnych korzyści. Później jako kandydat na prezydenta podkreślał, że za pieniądze, które Stany Zjednoczone wydają na tę wojnę można byłoby odbudować infrastrukturę Ameryki dwukrotnie. „Marnotrawstwo” – to było jedno z jego ulubionych określeń w odniesieniu do Afganistanu.

W miniony poniedziałek Trump postanowił jednak, że „marnotrawstwo” trwać będzie nadal i to w jeszcze większym zakresie. Zgodnie z zapowiedziami prezydenta, USA mają zwiększyć liczbę żołnierzy w Afganistanie i tym samym koszty zaangażowania w swoją najdłuższą wojnę. Trump nie przedstawił konkretów i dał do zrozumienia, że o szczegółach operacji decydować będą generałowie. To też spora zmiana. W trakcie kampanii mówił przecież, że o terroryzmie wie znacznie więcej od wojskowych.

W strategii, choć pozbawionej szczegółów, pojawiły się jednak nowe elementy warte podkreślenia.

Pierwsza sprawa to zapowiedź, że USA nie będą próbowały wprowadzać w Afganistanie demokracji na swój wzór. „Skończyliśmy z budowaniem społeczeństw, jesteśmy w Afganistanie po to żeby zabijać terrorystów” – mówił Trump.

Druga rzecz to zapowiedź większej presji na Pakistan, który według Stanów Zjednoczonych przymyka oczy na działalność grup ekstremistycznych na swoim terytorium, destabilizujących Afganistan. W Pakistanie jak pamiętamy przez kilka lat ukrywał się Osama bin Laden, zabity ostatecznie przez amerykańskich komandosów w 2011 roku, czyli dziesięć lat po zamachu na World Trade Center.

Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że Donald Trump nie jest pierwszym prezydentem, który potknął się na Afganistanie. Jego poprzednik Barack Obama także zapowiadał zakończenie tego konfliktu i także on po wprowadzaniu się do Białego Domu zmienił opinię i ostatecznie uległ presji wojskowych.

Tak czy inaczej wojna w Afganistanie trwać będzie nadal i nadal będzie ciążyć na budżecie Ameryki. Zwrócił na to uwagę między innymi republikański gubernator Ohio John Kasich, który w oświadczeniu opublikowanym po wystąpieniu Trumpa napisał m. in.: „16 lat i ponad 2 tys. zabitych żołnierzy USA, to aż za duża cena za wyplenianie terroryzmu. Ameryki nie stać na kolejne tego typu zobowiązania”.

Trumpa skrytykował również innych z jego byłych rywali do prezydentury, republikanin z Kentucky, senator Rand Paul. „Misja w Afganistanie straciła swój cel i sądzę, że wysyłanie tam kolejnych żołnierzy to fatalny pomysł” – powiedział Paul.

Prezydent zwiększenie liczby żołnierzy uzasadnił tym, że Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić na to by w regionie powstała pustka i tym samym warunki dla działania organizacji terrorystycznych. Faktem jest jednak, że po 16 latach konfliktu osiągnięcia w tej dziedzinie są raczej niewielkie. Talibowie z całą pewnością nie stracili swojej siły, a wręcz przeciwnie w ostatnim okresie nawet zwiększyli wpływy. Afganistan nadal jest centrum handlu narkotykami, zwłaszcza heroiną, a afgański rząd kontroluje jedynie mniejszą część kraju.

Decyzja o przedłużeniu tej wojny to dobra wiadomość jedynie dla amerykańskich koncernów wojskowych. Ich akcje po wystąpieniu Donalda Trumpa poszły zresztą w górę.

Tomasz Bagnowski