Z malarzem, grafikiem, fotografem Tadeuszem Mysłowskim rozmawia Czesław Karkowski.

– Kiedy tu przyjechałem, wyrwałem się z tego labiryntu dróg twórczych, przebiłem tę niewidzialną ograniczającą mnie ścianę i wydostałem się na wolność. Nowy Jork był odpowiednim miejscem w tamtym czasie, prowokował do poszukiwania własnych środków wyrazu – mówi Tadeusz Mysłowski.
Do Nowego Jorku artysta przybył w początkach lat 70. Wprost z Paryża, gdzie radził sobie całkiem dobrze jako malarz. Między innymi dzięki pomocy paryskiej „Kultury” zaprezentował swoją twórczość w znanej emigracyjnej galerii Lambert. Zaś jeszcze wcześniej – w Polsce – uważano go za wielką nadzieję polskiego malarstwa, artystę obdarzonego szczególnym poczuciem barwy, utalentowanego ucznia Wacława Taranczewskiego, godnego następcę pokoleń polskich kolorystów.

Neo-konstruktywizm
Mysłowski poszedł jednak inną droga. Metaforycznie i dosłownie. Osiadł w Nowym Jorku. Szymon Bojko pisał o nim jako o świetnym kontynuatorze najlepszej, europejskiej tradycji konstruktywizmu i suprematyzmu. Było to lata temu, gdy Bojko, doskonały krytyk sztuki i wykładowca polskich i amerykańskich uniwersytetów, napisał książkę (wydaną znacznie później) o polskich artystach w USA „Z polskim rodowodem”. Podkreślił najważniejszy kierunek rozwoju wrażliwości estetycznej młodego wówczas artysty: twórczą kontynuację konstruktywizmu, mającego w Polsce świetną tradycję.
Na pytanie: czym jest sztuka? Mysłowski odpowiada: ostatnio zapamiętale pracuję nad bardzo abstrakcyjnymi obrazami, obrazami intensywnie abstrakcyjnymi; bez pędzla, bez farby, bez płótna. Ja tylko o nich myślę…
Sztuka nie musi znajdować wyrazu w materialnym kształcie w jakimkolwiek materiale. Jest także w nas i przede wszystkim w nas – w świadomości, umyśle, w sercu. To przeżycie, doświadczenie i nastroje, emocje są sztuką. Sztuka to ostatecznie namysł, intelektualne przetworzenie w materialnym substracie przez artystę wybranych wrażeń, doznań, przemyśleń. Nadanie porządku chaosowi doznań, zmętowi i gmatwaninie psychiki. To ład z chaosu, to triumf intelektu nad czuciem, myśli często wyrażonej w naukowej formie, nad ulotnymi, psychicznymi stanami duszy.

Przy tej i podobnych sposobnościach Mysłowski przytacza aforyzm swego ulubionego malarza, Pieta Mondriana: O sztuce trzeba zapomnieć; zaś nieustannie mieć świadomość piękna.
Paradoksalnym sformułowaniem o sztuce bez pędzla, farby i płótna Mysłowski wyraża dwie prawdy: pierwszą, że przemyślenie w sztuce ma kapitalne znaczenie. Drugą, kto wie czy nie ważniejszą: sztuka jest w nas, tworzymy ją w naszym wnętrzu. Mniejsze znaczenie ma, czy znajdzie ujście na papierze, płótnie, czy w jakimś innym materiale, jaki artysta sobie upatrzy.

W Nowym Jorku
Wracając do początku amerykańskiej drogi Mysłowskiego. Nowy Jork stwarzał wówczas – jak i ciągle stwarza – znacznie większe możliwości dla rozwijającego się twórcy. Już wtedy miasto było prawdziwą stolicą sztuki światowej, tutaj ściągali artyści z całego świata, panował ogromny twórczy ferment, który owocował coraz to nowszymi pomysłami i koncepcjami estetycznymi. Po abstrakcyjnym ekspresjonizmie nastąpił konceptualizm, minimalizm i pop-art.
Było to doskonałe miejsce dla Mysłowskiego, który wtedy przeżywał rozkwit twórczych możliwości. Drogi do sztuki Zachodu stały otworem, co stwarzało zarazem szansę na wyzwolenie się ze starych, skostniałych form myślenia. Wspominając ten okres artysta mówi, że Europa z jej problemami była w tym czasie intelektualnym i fizycznym więzieniem, przestrzenią przezroczystą, labiryntem na tysiące kilometrów długim.
Znalazł się w środku wielkiego tygla artystycznego. Otrzymał pracownię w PS1 (dziś stanowiącą część Museum of Modern Art), przebywał pośród awangardowych twórców amerykańskich i z całego świata, nowoczesnych nurtów w sztuce. Za tym wyróżnieniem posypały się dalsze. Od tego czasu Mysłowski całkowicie poświęca się działalności artystycznej.
W prywatnej mitologii Mysłowskiego ważne miejsce zajmuje piorunujące wrażenie pierwszego zetknięcia się z Nowym Jorkiem. Spoglądając nań jeszcze z lotu ptaka zobaczył kratownicę równo podzielonego na kwartały przez ciągi alei i ulic miasta. Uderzyła go czystość tego geometrycznego obrazu, równo podzielonego na kwadraty i prostokąty. Tysiące ludzi przed nim oglądało z góry miasto, ale on jeden je zobaczył; bo patrzeć a widzieć to dwie zupełnie różne sprawy. A zobaczył je dlatego, że nosił już w sobie twórczy zamęt, zalążki własnej, oryginalnej sztuki wyrastającej z doświadczeń polskiego konstruktywizmu i świetnych osiągnięć twórczych Katarzyny Kobro, Władysława Strzemińskiego i Henryka Stażewskiego; było to jedno z najważniejszych zjawisk w polskiej sztuce współczesnej.

Artystyczne świadectwo
Kiedy podczas niedawnego spotkaniu po długim niewidzeniu spytałem Tadeusza Mysłowskiego o opinię na temat własnej twórczości artystycznej, odpowiedział słowami Zbigniewa Herberta Mamy mało czasu, trzeba dać świadectwo.
– Świadectwo czego – pytam.
– Wewnętrznej prawdy, artystycznego przymusu, który nakazuje iść własną droga poszukiwań twórczych, bez oglądania się na nikogo i na nic; tej pasji, która domaga się tworzyć, robić to, co uważamy, iż trzeba, bez względu na innych, na modę i na to, co się aktualnie sprzedaje. To świadectwo wierności sobie, swoim wartościom, ideałom i wyobrażeniom.
Ale w przypadku Mysłowskiego, sprawa „świadectwa” ma bardziej podstawowy sens. Idzie o indywidualny wyraz świadectwa Zagłady na ziemiach polskich w czasie drugiej wojny światowej. W państwowym Muzeum na Majdanku w Lublinie powstało Miejsce Pamięci Bezimiennej Ofiary według projektu artysty-plastyka. Na dzieło to składa się wielowątkowa i wieloelementowa instalacja utworzona z rysunków, dźwięków, słowa, szeptu, światła, obiektów i przestrzeni.
Majdanek, to największe po Oświęcimiu miejsce ludobójstwa. Zginęło w nim 235 tysięcy ludzi 52. narodowości.
Miejscem ekspozycji jest barak nr 47. Wypełniony cichą, lecz przejmującą muzyką i wyszeptaną modlitwą; głosami z przeszłości, a może wręcz z zaświatów. Z ciemności wyłaniają się dwie platformy wysypane drobnymi kamieniami. Nad pierwszą zawieszono 52 uplecione z drutu kolczastego kule wypełnione słabym światłem. Tu jeszcze tli się życie, lecz już o krok dalej, gdzie zaczyna się druga platforma, następuje strefa śmierci. Tu kule są już puste i ciemne; już nie unoszą się w powietrzu, lecz spoczywają na wypełniających platformę kamieniach. Jest groza i rozpacz, śmierć i pustka. A dalej – świecki ołtarz wieńczący tę swoistą drogę krzyżową. I księga klepsydr przypominających każdą z pięćdziesięciu dwóch narodowości więźniów Majdanka. W prostych symbolach, czytelnych dla każdego, bez względu na narodowość i wyznawaną religię, zawarta jest istota świątyni i przesłanie jej twórców.
Ów projekt Mysłowski określa w sposób typowy dla swej koncepcji sztuki: Pomnik nie istnieje. Istnieje pamięć. (…) Jeśli zapomnimy, to nie przetrwamy. Wciągnie nas czarna dziura – powiada. – Lecz zarazem musimy bardzo mądrze przechować naszą pamięć dla następnego pokolenia. Nie powinien to być ozdobnik. Nie dekoracja. Nie pomnik.
Było to w lipcu 1999 roku. Od tego czasu instalacja Mysłowskiego na Majdanku, zwana przez niego „The Shrine”, jest stałym punktem wizyt ludzi zwiedzających obóz.

Dar dla Lublina
Ale, mówi, w pewnej chwili życia rozważamy naszą przeszłość i wspominamy miejsca, miasta, ludzi i chwile, które ukształtowały i definiują nas. Dziś, po wielu latach, zdaję sobie sprawę, jak ważnym i centralnym miejscem jest moje miasto rodzinne – Lublin.
Temu właśnie miastu postanowił przekazać swą piękną kolekcję 250 grafik. Zbierał je 50 lat, a zaczął, jak wspomina, w 1963 roku, kiedy zerwał afisz wystawy Kantora w Galerii Krzysztofory. Nigdy nie traktowałem mego zbioru jako kolekcji – mówi. – Raczej jak zapis fascynacji, dokumentację przebytej drogi artystycznej, przyjaźni, a także archiwum sztuki.
Muszę zaznaczyć – podkreśla – że w przekazaniu tej kolekcji do Polski duży udział miała moja żona, Irena Hochman.
Głośno było w polskiej prasie w związku z tą darowizną. Zwłaszcza media lokalne (choć nie tylko), lubelskie, rozwodziły się nad znaczeniem zbioru, a nazwiska Mondriana, Picassa, Warhola, autorów wybranych grafik, służyć miały jako miernik wysokiej klasy dzieł, w których posiadanie wejdzie lubelskie muzeum.
Mysłowski kolekcjonował prace, które go zaciekawiały. Grafiki, niczym kalendarz, stanowią swoistą podróż z przez fragment historii sztuki polskiej, jak i przez jego doświadczenia jako twórcy i obserwatora świata sztuki. Zbiór reprezentuje różnorodność talentów artystycznych, wielkie nazwiska ze świata sztuki i prace twórców mniej znanych.
Wcześniej, w Nowym Jorku mieliśmy okazję poznać fragment tych zbiorów, kiedy Tadeusz Mysłowski z pomocą konsulatu RP, zaprezentował w 1999 roku wybrane prace. Była to „wystawa autorska” – głównie dzieł polskich twórców, którzy w jakiś sposób wpisują się w krąg jego własnych inspiracji artystycznych. Dziś całość zbioru znajduje się w Polsce.

Rozmawiał Czesław Karkowski