Jest słoneczne popołudnie. Jedno z tych, które chciałoby się spędzić za miastem. W okolicznościach przyrody pięknej i niezakłóconej człowiekiem. Gdzie można kontemplować lot trzmiela. Pochylać nad drobnym kwiatkiem. Oglądać żyłki kamienia. I nic nie mówić. Tymczasem mówić trzeba. Przez dziesięć godzin dziennie. I jeszcze się uśmiechać. Na zawołanie. Lub przeciwnie. Powściągać emocje, gdy nobliwy, starszy pan o aparycji Świętego Mikołaja, z elegancko przystrzyżoną siwą brodą, drapie się po pośladku, odzianym li tylko w bawełniane szorty do złudzenia przypominające rozciągnięte slipy, pod którymi swobodnie kołyszą się klejnoty rodowe. To stary dewiant – mówi Grandma Ana, bo niejedno w życiu widziała. Na ulicy Mulberry mieszka dobre dziewięćdziesiąt lat. Legenda mówi, że dawała klapsy Scorsesemu i DeNiro, a wszystkim łobuzom z Little Italy łamała serca. Ma szacunek ulicy – potwierdza Josie. I poprawia aksamitny turban, pod którym Grandma wiąże czarną chustkę, bo nie ma już prawie włosów. A potem wpina srebrną broszkę, zakłada wielkie klipsy wysadzane szlachetnymi kamieniami i uśmiecha zza słonecznych okularów. Pod dom podjeżdża czarna limuzyna. Dwóch otyłych mężczyzn ze złotymi sygnetami na opuchniętych palcach całuje starszą panią w oba policzki. Rozmawiają po włosku. Babcia pozwala wziąć się pod rękę. Eskortują ją w stronę lśniącej gabloty. Jadą na rodzinną kolację. Choć trudno dociec czy przekarmieni chłopcy to naprawdę prawnuki sędziwej elegantki, czy słowo „rodzina”- jak to we włoskiej dzielnicy – ma zupełnie inne znaczenie.
Tego samego wieczoru poznaję Sapphire Shade. Ma na oko dwa metry wzrostu i wygląda trochę jak Ian Curtis z Joy Division. Blady. Piegowaty. Krótko obcięty. W luźnych czarnych jeansach. I spranym podkoszulku. Jest w towarzystwie bardzo niskiego, drobnego chłopca. Który ładnie się uśmiecha ale przeraźliwie śmierdzi papierosami. Jest w nim coś znanego. Zapamiętanego. Kiedy kilka godzin później wracam metrem do domu, wyświetla mi się scena: zimowisko w Wągrowcu i mały chuderlawy syn kucharki. Nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat. Palił nałogowo. Kasłał. Zakrywał dłonią żółte, królicze zęby kiedy się śmiał. Wynosił z kuchni gorące drożdżówki zanim trafiały na podwieczorek. Nie pamiętam jak miał na imię. Tylko tę mikrą posturę. I spojrzenie, w którym zawsze była gotowość do draki.
Jax mówi, że jego rosły kolega jest Drag Queen. Szafirowy Cień to pseudonim sceniczny. Pokazuje zdjęcia olbrzymki w blond peruce, z długimi rzęsami, w neonowym makijażu, cekinowej sukni. Jest zachwycająca – rozpromienia się. I rzeczywiście. Kobieta na fotografiach kusi ponętnymi ustami. Poprawia włosy wypielęgnowaną dłonią. Mruga zalotnie sztuczną rzęsą. Podziwiam kolejne przepoczwarzenia. Lekko zgarbiony drągal o niezgrabnych ruchach, który stoi przede mną, w niczym nie przypomina wampa uśmiechającego się z kolorowych slajdów. Rozmawiamy o kostiumach. Jutro wybieram się na coroczny piknik w klimacie lat 20-tych. Nie mam sukienki. Nie wiem jak upiąć włosy. Zgromadzone niepojętym wysiłkiem akcesoria (torebeczka wyszywana koralikami, toczek z piórami, sznur sztucznych pereł, bluzka z doszytymi frędzlami) nie tworzą zgrabnej całości. Jestem zniechęcona. Chyba nie pojadę – mówię. Sapphire ogląda uważnie moją twarz. I jak gdybyśmy znali się od zawsze – rysuje linie na ustach. Brwiach. Doradza kolor pomadki. I prosi, by jutro wysłać mu zdjęcia. Bo już zdążyliśmy pomachać do siebie w wirtualnej przestrzeni. Zaprosić do swoich – jakże innych – światów.
*
Nazajutrz nakładam mocny makijaż. I upinam włosy. Pasażerowie na promie przyglądają się z ciekawością. Im bliżej Governors Island, tym więcej dziewcząt w kusych sukienkach, cekinach, piórach, brokatach. Jazz Age Lawn Party odbywa się dwa razy do roku na wyspie. Tłumy fanów jazzu w strojach żywcem wyjętych z filmu Wielki Gatsby rozkładają koce, wypakowują kosze z jedzeniem, a potem ruszają w tan. Dwie orkiestry grają standardy ery prohibicji. Wirują frędzle złotych sukienek. Panowie w wytwornych kapeluszach, spodniach z wysokim stanem, letnich marynarkach. Liczy się detal. Wąsik. Rękawiczka. Bucik na odpowiednim obcasie. Ażurowa parasolka. Sznur pereł. Okulary z epoki. Na miejscu można kupić fedorę, melonik albo słomkowy kanotier. Wybrać gustowną papierośnicę, skórzaną walizkę, czerwoną podwiązkę. Są stoiska z vintage clothes, a tam wybór torebek, grzebieni do włosów, krótkich futerek. Można zrobić sobie zdjęcie przy stylowych limuzynach albo na ławeczce w kształcie księżyca. Lub poprosić profesjonalistę, który wykona podobiznę drewnianym aparatem wielkoformatowym, za odpowiednią zapłatą, rzecz jasna. W rozświetlonym wczesnym popołudniu, powietrzu rozedrganym dźwiękiem okaryny, grupie gibkich wioślarek pozujących w kusych szortach i zabawnych czepkach, chłodnym winie pitym na trawie, jest coś odprężającego. Jak gdyby nie było świata poza tą wyspą szczęśliwych, sytych, spokojnych. Którzy z wdziękiem mitrężą czas na rozmowach o błahostkach. Śmiejąc się zbyt głośno. Całując ukradkiem. Stukając obcasami o parkiet. Jakby nie czekało nas nic złego. Była tylko ta przestrzeń. Złoty rzucik na trawie. Późny sierpień smakujący jak dojrzały owoc.
Myślę o kobietach trzymających lufki w szczupłych palcach, mężczyznach rozmawiających przy szklaneczce whiskey. Sepiowych obrazkach z lat dwudziestych, które oglądamy z nostalgią. Lecz nieuważnie. Pobieżnie. W końcu co nas obchodzą przeszłe pokolenia? Światy, do których nie mamy wstępu. Cudze historie. Z których każda zakończy się tak samo.
*
Idzie i nie wie, że jest już starą fotografią, jeszcze kilka kroków i zbutwieje. Spogląda z okna, widzi butwienie, nie zdąży zejść, by zapobiec. Macha do chmur, ktoś odmachuje stamtąd.*
*Marcin Świetlicki. Sepia.

Weronika Kwiatkowska