Zaglądanie w metrykę uważa za przejaw braku kultury i wąskich horyzontów. Mówi, że najchętniej powiesiłaby sobie w domu tabliczkę, którą widziała kiedyś w sklepie, z napisem: „Nie dorastaj. To wbrew zasadom”. Choć zagrała we wszystkich sztukach Szekspira i jest najczęściej nagradzaną aktorką sceny brytyjskiej, fani na całym świecie kojarzą ją przede wszystkim z filmami o Bondzie. Siedmiokrotnie nominowana do Oscara, zdobyła jedną statuetkę, dziesięć nagród BAFTA i dwa Złote Globy. Judi Dench na planie filmów o agencie 007 spędziła łącznie 17 lat, rządząc fikcyjnym MI5. Gdy producenci „Skyfall” wyznali jej przy kolacji, że mają zamiar uśmiercić jej bohaterkę, popłakała się. „Jeden z kelnerów oburzony tym, jak mnie potraktowano, miał zamiar wyrzucić chamów na zbity pysk. Musiałam go przekonywać, żeby tego nie robił”- mówi Dench. „Z drugiej strony, było mi bardzo przykro. Choć wiem, że taka jest kolej rzeczy”. Jednym z najlepszych sposobów na radzenie sobie ze stresem i problemami, jest według aktorki praca. Kiedy jej mąż Michael zmarł na raka płuc, Judith niemal natychmiast przyjęła rolę w „Kronikach portowych” i w ciągu tego samego roku zagrała jeszcze chorą na alzheimera pisarkę w filmie „Iris”. „Żałoba i ból mogą być albo czarną dziurą, albo ogromnym źródłem energii. Moim sposobem na to, żeby się nie pogrążyć, było przekucie ich w coś kreatywnego”- mówiła w wywiadzie. „Byliśmy razem przez 30 lat i było nam wspaniale. A potem ten drugi człowiek, ta część ciebie tak integralna jak pół twojej głowy, jak twoja ręka, na zawsze znika. Musisz cieszyć się przeszłością, dziękować Bogu za wspólne lata, ale uczysz się żyć na nowo”- napisała w swojej książce „Behind the Scenes”. Choć mogłaby odcinać kupony od sławy, ciągle pielęgnuje lęk, że każda rola może być ostatnią i nikt nie zaoferuje jej następnej. „Wiem, że w dzisiejszym świecie dobre samopoczucie na własny temat to trzy czwarte sukcesu, ale ja zostałam wychowana w innej epoce. Doskonale wiem, że jak tylko na chwilę otulę się samozadowoleniem napawając się jakąś nagrodą, za chwilę wyjdzie ktoś zza węgła, obleje mnie wiadrem lodowatej wody i ryknie: „Ty menopauzalna karlico”- żartuje Judith. Choć ma już 83 lata nie ma zamiaru przejść na emeryturę. „Być zakurzoną skamieliną w jakiejś gablocie?! Nie, dziękuję”- mówi i przyjmuje kolejne role.Zaglądanie w metrykę uważa za przejaw braku kultury i wąskich horyzontów. Mówi, że najchętniej powiesiłaby sobie w domu tabliczkę, którą widziała kiedyś w sklepie, z napisem: „Nie dorastaj. To wbrew zasadom”. Choć zagrała we wszystkich sztukach Szekspira i jest najczęściej nagradzaną aktorką sceny brytyjskiej, fani na całym świecie kojarzą ją przede wszystkim z filmami o Bondzie. Siedmiokrotnie nominowana do Oscara, zdobyła jedną statuetkę, dziesięć nagród BAFTA i dwa Złote Globy. Judi Dench na planie filmów o agencie 007 spędziła łącznie 17 lat, rządząc fikcyjnym MI5. Gdy producenci „Skyfall” wyznali jej przy kolacji, że mają zamiar uśmiercić jej bohaterkę, popłakała się. „Jeden z kelnerów oburzony tym, jak mnie potraktowano, miał zamiar wyrzucić chamów na zbity pysk. Musiałam go przekonywać, żeby tego nie robił”- mówi Dench. „Z drugiej strony, było mi bardzo przykro. Choć wiem, że taka jest kolej rzeczy”. Jednym z najlepszych sposobów na radzenie sobie ze stresem i problemami, jest według aktorki praca. Kiedy jej mąż Michael zmarł na raka płuc, Judith niemal natychmiast przyjęła rolę w „Kronikach portowych” i w ciągu tego samego roku zagrała jeszcze chorą na alzheimera pisarkę w filmie „Iris”. „Żałoba i ból mogą być albo czarną dziurą, albo ogromnym źródłem energii. Moim sposobem na to, żeby się nie pogrążyć, było przekucie ich w coś kreatywnego”- mówiła w wywiadzie. „Byliśmy razem przez 30 lat i było nam wspaniale. A potem ten drugi człowiek, ta część ciebie tak integralna jak pół twojej głowy, jak twoja ręka, na zawsze znika. Musisz cieszyć się przeszłością, dziękować Bogu za wspólne lata, ale uczysz się żyć na nowo”- napisała w swojej książce „Behind the Scenes”. Choć mogłaby odcinać kupony od sławy, ciągle pielęgnuje lęk, że każda rola może być ostatnią i nikt nie zaoferuje jej następnej. „Wiem, że w dzisiejszym świecie dobre samopoczucie na własny temat to trzy czwarte sukcesu, ale ja zostałam wychowana w innej epoce. Doskonale wiem, że jak tylko na chwilę otulę się samozadowoleniem napawając się jakąś nagrodą, za chwilę wyjdzie ktoś zza węgła, obleje mnie wiadrem lodowatej wody i ryknie: „Ty menopauzalna karlico”- żartuje Judith. Choć ma już 83 lata nie ma zamiaru przejść na emeryturę. „Być zakurzoną skamieliną w jakiejś gablocie?! Nie, dziękuję”- mówi i przyjmuje kolejne role.

Nie wygląda na pisarza. Raczej – jak sam mówi – brany jest za „mięśniaka w głupiej koszulce”. Ma czterdzieści lat i na koncie Paszport Polityki za powieść „Inna Dusza”, za którą był także nominowany do Nagrody Literackiej „Nike”. Łukasz Orbitowski wydał właśnie zbiór felietonów pod tytułem „Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego”. „To rodzaj żartu, ale też pewnej prawdy”- tłumaczy. „Bo czym jest towarzyskość? To stałe dążenie ku ludziom, chęć ich poznawania, otaczania się nimi. A ja już nie mam takich potrzeb, nie chcę być oswajany przez nowych ludzi, wystarczą mi ci, co są. I czasu nie mam. Ostatnio zadzwonił do mnie przyjaciel i mówi, że chce wpaść na wódkę. Kiedyś odpowiedziałbym: „Stary, wpadaj już teraz”. A ja mu na to: „Daj mi czas do czwartku, to ci powiem, kiedy mogę”. I to jest moja posttowarzyskość”- podsumowuje. Pisarz w tym roku obchodzi okrągłe urodziny. „Czterdziestka to wspaniały czas. Człowiek ma już bagaż doświadczeń, mądrość, jakieś rozeznanie w świecie. Wiadomo, dokąd iść, skąd uciekać, a jednocześnie jest moc i chęć, żeby w tym kotle życia wciąż mieszać, iść jeszcze na wilki, jakąś górę spróbować przenieść”- twierdzi pisarz. „Ale w tym roku chciałbym uniknąć obchodzenia urodzin, bo to coraz trudniejsze. Albo znajomi robią mi niespodziankę, akurat gdy wracam pijany z targów książki, albo w wyniku rozstań, rozwodów i kłótni towarzystwo się dzieli i trzeba robić cztery imprezy – co mnie spotkało w zeszłym roku”- żartuje. Choć twierdzi, że 40 to jeszcze nie czas na podsumowania, to jednak zdaje sobie sprawę z ograniczonej ilości czasu. „Jak masz 20 czy 30 lat, przyszłość wydaje się otchłanią, a dziś na końcu swojej ścieżki już widzę urwisko, gdzie kiedyś się roztrzaskam. Dlatego staram się, żeby czas nie przelatywał mi przez palce”- deklaruje. Orbitowski pracuje nad nową powieścią: „Opowiada o człowieku, który wskutek tragicznego wydarzenia porzuca bezpieczne życie z żoną, kochanką, nadopiekuńczą matką, wsiada do pociągu bez telefonu, dowodu, karty i ucieka w Europę. Nic nie umie i musi poradzić sobie w tym cholernym świecie”- streszcza pisarz. Wygląda to na powieść z elementami autobiografii.

Charlize Theron ma dwa obywatelstwa: amerykańskie i południowoafrykańskie. Lauretka Oscara za rolę w „Monster” często powtarza, że kariera i wynikające z niej dobrodziejstwa, to przywilej, który nigdy nie będzie dla niej czymś oczywistym. Na ekrany trafia właśnie nowa produkcja z Theron w roli głównej pt. „Atomic Blonde”. Aktorka przyznaje, że kręcą ją filmy akcji, opowiadanie historii poprzez sceny wymagające dużo fizycznego wysiłku, a przede wszystkim… szybkie pojazdy. „Wychowałam się wśród silników i części zamiennych. Mój ojciec był inżynierem, ale uwielbiał grzebać przy autach. Potrafił kupić starego forda i podrasować go, wmontowując silnik motocyklowy. Zresztą, rynek motoryzacyjny w RPA był wtedy sparaliżowany sankcjami na nowe auta z Zachodu, więc w ten sposób mógł też wyrazić sprzeciw wobec apartheidu”- mówi aktorka. „Dorastając w takiej atmosferze mam motoryzację we krwi. Pierwszy samochód prowadziłam kiedy miałam osiem lat”- wspomina Charlize. „Mój pierwszy pojazd to było takie niewielkie autko, które często widuje się w Azji, tylko akurat wersja towarowa, coś jak miniaturowy pikap. Tata go podrasował. Zamontował silnik motocykla krosowego. Jeździłam nim po całej farmie. Ładowałam na pakę nasze psy i brałam je nad jezioro, udając, że jestem psim taksówkarzem. Potem miałam mnóstwo offroadowych motocykli i innych pojazdów”- wspomina. Zapytana o to, czy czuła strach, odpowiada: „W takim wieku w ogóle się o tym nie myśli. Dziś zdaję sobie sprawę, że miałam wyjątkowe dzieciństwo. Dorastałam w otoczeniu, w którym na wiele mi pozwalano. Wokół same farmy, żadnej policji, która mogłaby cię zatrzymać. Do dzisiaj uwielbiam prowadzić. Kocham samochodowe eskapady. Podróżowanie wpływa na mnie terapeutycznie”- zdradza Charlize, którą trudno wyobrazić sobie umorusaną smarem. Choć akurat taka sesja pięknej blondynki męskiej części widowni na pewno bardzo by się spodobała.

 

Weronika Kwiatkowska