Wstrząsnęła mną – nami wszystkimi – śmierć Janusza Głowackiego.
Dla Polaków w kraju był jednym z nielicznych rodaków, którzy odnieśli autentyczny sukces za granicą. Nie ma ich tak wielu ale i tak z tej grupki społeczeństwo, dość nieprzewidywalnie, wybiera, kogo obdarzy uznaniem. Na początku jest zawiść, niedowierzanie, pomniejszania osiągnięć. „On tam grał tylko w polonijnych klubach.” „Podobno tylko raz zaśpiewał w Metropolitan.” „Pytałem znajomych Amerykanów – nikt nie słyszał o takim malarzu.” Gdy jednak Polacy ostatecznie uznają, że ich rodak przebił się za granicą, hołdom nie ma końca.
Sam artysta też musi sobie pomagać – umiejętną autoreklamą, stałą obecnością w mediach. Odkąd Głowacki wrócił na stałe do Warszawy (w 2005 roku, choć często przyjeżdżał do Nowego Jorku), był zawsze obecny w życiu zbiorowym: miał spotkania autorskie, udzielał wywiadów. Jak zawsze pomagało też, że był przystojnym, pełnym uroku i dowcipnym mężczyzną. Ludzie po prostu lubili go oglądać, słuchać i czytać. Podziwiali go za ciekawe życie, które wiódł nawet w przaśnych czasach PRL-u. I cenili go za gorzką ironię i dystans, jakże potrzebny zwłaszcza dzisiaj w kraju, gdzie dyskusje stały się niemożliwie emocjonalne i patetyczne. Może doceniali też jego „amerykańskość” czy może raczej: uniwersalizm myślenia?
Prawie nie znałem Janusza Głowackiego choć widziałem go dziesiątki razy, bo pojawiał się często wśród Polonii. Wpadał do „Nowego Dziennika” czy konsulatu, mówił mi „Cześć” (łatwo w Ameryce przechodzi sie na „ty”), podawał rękę i szedł sobie dalej. Kojarzył mnie z nazwiska i z tego co robię – i tyle. Piszę to bez żadnej goryczy i od razu wyjaśniam: chodziło o różnicę pokoleniową (22 lata) i skalę osiągnięć. Zawsze odczuwałem nieśmiałość i respekt wobec ludzi, których szanuję i podziwiam. Pozostawiałem to im, czy chcą mnie lepiej poznać, kumplować się ze mną, spotykać. Zazwyczaj jednak woleli swoje towarzystwo, pokolenie, przyjaciół jeszcze ze szkoły i studiów w Polsce.
Czy jako członek grupy, czy tylko obserwator, tak czy inaczej mogłem jakoś uczestniczyć w życiu polonijnej elity.
Niewątpliwie należał do niej Janusz Głowacki i dlatego Polonia tak żałuje Jego odejścia. Polska patrzyła z uznaniem na Jego sukcesy w Ameryce, nie rozumiejąc do końca ich skali i trudów, z jakimi się wiązały. Polonia rozumiała to znakomicie. Wszak w ogromnej większości nam się tutaj nie udało. Toteż ceniliśmy tych, którzy osiągnęli coś niekwestionowanego, jak premiera w ważnym teatrze nowojorskim czy artykuły publikowane w „New York Timesie”. Oczywiście i tu ktoś czasem kąśliwie sugerował znajomości i układy. Albo ktoś niezainteresowany teatrem i nieczytający „New York Timesa” (czyli: większość Polonii) w ogóle nie słyszał o triumfach Głowackiego na deskach scenicznych. Słyszał jedynie o triumfach na deskach ringu Gołoty i Adamka.
Sądzę jednak, że większość Polonii w Ameryce o Głowackim słyszała i była z niego dumna.
Dziwna to była ta Polonia „solidarnościowa”, która – tak jak On – przyjechała tu w latach 80-tych. Większość z nas – nawet jeśli mieliśmy dobre wykształcenie i zawód z Polski – kończyła wykonując zwyczajne prace: na budowie, kierując limuzyną, niańcząc dzieci, sprzedając chleb. Jednakże chyba nigdy wcześniej ani potem nie było proporcjonalnie tak wielu intelektualistów i artystów. Także oni musieli imać się zwykłych zawodów i czasem na nich poprzestawali. Częściej mieli zwyczajne prace, żeby przeżyć i płacić rachunki, ale jednak próbowali w wolnym czasie tworzyć, sprzedawać, poznawać ludzi i dawać się poznać – jednak nie z takim sukcesem jak Głowacki.
Chyba też nigdy bardziej niż na początku lat 90-tych, gdy ci wszyscy „solidarnościowcy” już tu się zadomowili, nie było tak bogatego życia kulturalnego. Istniało kilka (!) programów telewizyjnych po polsku, wiele czasopism i gazet; wydawano własnym sumptem książki. Były nawet ambitne próby wydawania kolorowych magazynów o profilu kulturalnym, jak „Kariera” i „Okey America” (to ostatnie redagowała notabene Renata Gorczyńska, warszawska szkolna koleżanka Głowackiego). Odbywały się koncerty, wernisaże i spotkania z ciekawymi ludźmi (w tym wielokrotnie z Głowackim, który miał zawsze pełną salę) w salach „Nowego Dziennika”, Konsulatu Generalnego, Galerii „Kuriera”, i w innych, jak Polski Instytut Naukowy czy Instytut Piłsudskiego. Ba – coraz ktoś próbował założyć kolejną galerię, pismo, wydawnictwo. Na samym Greenpoincie było kilkanaście księgarń, kilka sklepów z polską muzyką i wypożyczalni wideo z polskimi filmami. Komu się chciało pojechać dalej, odnajdywał podobne ślady aktywności w New Jersey czy Connecticut.
To życie kulturalne i towarzyskie animowali i ubarwiali ludzie z pokolenia Głowackiego, jak Maciej Wierzyński (jego kolega z licealnej klasy), Elżbieta Czyżewska (koleżanka „Głowy” z PWST), Czesław i Julita Karkowscy, Mariola i Rafał Olbińscy, Hanna i Irek Hartowicz, Andrzej Krajewski, Jerzy Bekker, Krzysztof Kłopotowski, Andrzej Dudziński, Andrzej Czeczot, Michał Urbaniak, Urszula Dudziak, Adam Makowicz, konsul Krzysztof Kasprzyk. (Wymieniam tylko niektóre nazwiska.) Zwykle urodzeni i wykształceni w Polsce, podtrzymywali w Ameryce serdeczne więzy, choć swoje kariery musieli oczywiście budować w pojedynkę.
Wielu z nich powróciło do Polski. Sporo z tej grupy niestety umarło.
Tworzyli prawdziwą elitę. Polskie państwo w państwie amerykańskim. Poznałem tę elitę, pisałem o niej ale – powtarzam – nie do końca do niej należałem. Byłem za to pełen podziwu dla tych ludzi, którzy zmagając się z trudną, amerykańską codziennością (a jeśli powrócili – trudną, polską codziennością), potrafili pozostać artystami i intelektualistami, zachować klasę w zachowaniu i niezależność w myśleniu. Dlatego odejście kogoś z nich – jak Janusza Głowackiego – tak boli.

Jan Latus