Czwartek rano
Mamy makro-problem z Macronem, obecnym prezydentem Francji. Który postanowił zrobić sobie z Polski przysłowiowego „chłopca do bicia” tuż przed trudnymi reformami francuskiego rynku pracy. Dla przywódcy Francuzów besztanie Polaków i obecnego rządu w Warszawie stało się sposobem na zamydlenie oczu rodaków i odciągnięcie uwagi od trudnych decyzji w kraju.

Dobrze poczynania Macrona analizuje w ostatnim tygodniku „w Sieci” Jan Maria Rokita, który odkąd nie zajmuje się bieżączką polityczną, wyrósł na rasowego politologicznego analityka. Pisze on, że 39-letni Macron rzeczywiście ma lekką manię wielkości, próbując rządzić Francją w iście „królewski sposób”. Nie wystarcza mu, że jego stworzona naprędce partia „reformatorów” ma większość absolutną w parlamencie. Prezydent, najwyraźniej nie dowierzając do końca posłom własnej partii, dla zmiany prawa pracy zażądał upoważnienia do wydawania ustaw stanowionych przez rząd, bez udziału parlamentu. Po to, aby zabrać się za reformowanie Francji czyli wzmocnienie Francji. I tutaj natrafił na opór, jak każdy kto próbował i próbuje tknąć rozbudowany ponad miarę francuski socjal.

Pisze Rokita: „W odpowiedzi lewica ogłosiła stan „socjalnego zamachu stanu”, a związki zawodowe zapowiedziały dzień protestu na 12 września. Niewątpliwa odwaga Macrona stawia go wobec groźby strajków, ulicznych zamieszek i chaosu, które we Francji powracają zawsze, ilekroć władza próbuje się zabrać do ratowania degradującej się z roku na rok francuskiej gospodarki”. Tę część rozumiemy: Francuz tak łatwo nie zrezygnuje z realnego, czterodniowego tygodnia pracy i miesiąca gwarantowanych wakacji, ale skąd Polska w tym wszystkim? Otóż Macron odbierając rodakom socjalny chlebuś, chce im w zamian dać politykę mocarstwową, w której to Paryż rozgrywa główne karty w Unii Europejskiej oraz przesuwa jak pionki inne, mniejsze kraje. Przedsmakiem była niedawna wizyta w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie Macron łaskawie spotkał się z przywódcami Austrii, Czech, Słowacji, Słowenii, Rumunii i Bułgarii a podał „czarną polewkę” premierom rządów rzekomo „nieliberalnych” Polski i Węgier. Chodziło głównie o zmianę dyrektywy o pracownikach delegowanych (co uderzy przede wszystkim w kilkaset tysięcy polskich pracowników, głównie kierowców tirów), co ma stanowić pokazuchę dla francuskiej klienteli wyborczej jak to ich przywódca walczy z tzw. „socjalnym dumpingiem” rzekomo niszczącym mocarną francuską gospodarkę.

Nie obwija w bawełnę Rokita, pisząc że kluczowe plany Macrona (reformy gospodarcze i nowa polityka UE) godzą wprost w polskie podstawowe interesy. Zaznacza, że „pierwszy zmierza do pozbawienia Polski jej rynkowych przewag konkurencyjnych w Unii Europejskiej; drugi – do faktycznego wypchnięcia naszego kraju z prawdziwej nowej Unii. Emmanuel Macron jest więc obecnie niewątpliwie najpoważniejszym politycznym nieprzyjacielem Polski. Znacznie groźniejszym niźli np. władca Rosji, którego możliwości zwalczania polskich interesów są w dzisiejszych realiach nieco ograniczone. Można więc liczyć tylko na to, że sami Francuzi, coraz bardziej rozczarowani swoim republikańskim monarchą, wyhamują jego polityczny impet, groźny także dla nas”. Nas czyli Polski w Unii Europejskiej.

Ale to i tak delikatne zarysowanie problemu. Bartłomiej Radziejowski z nieocenionej „Nowej Konfederacji” (www. nowakonfederacja. pl), która staje się czołowym ośrodkiem myśli nowej i ożywczej, nie upapranej w partyjne zależności, pisze wprost: „Macron gorszy niż Putin”.

Pisze Radziejowski: „Słowa Emmanuela Macrona o tym, że Polska nie będzie definiować Europy jutra znamionują narastającą sprzeczność interesów między nami a coraz wyraźniej nadającą ton Unii Europejskiej – Francją. To napięcie staje się coraz bardziej niebezpieczne dla Polski. Tylko pozornie główną osią konfliktu są uchodźcy i praworządność. To tematy ważne, ale owo napięcie istniałoby i radykalnie zmieniało rzeczywistość nawet bez nich. Rzecz w tym, że elity europejskie ewidentnie dojrzały już do przeświadczenia, że Unia w obecnym kształcie na długą metę trwać nie może. Coś trzeba zasadniczo zmienić, żeby zahamować nabrzmiewające tendencje dezintegracyjne. I coraz wyraźniej triumfuje pogląd, że rozwiązaniem powinna być swoista ucieczka do przodu: poprzez ściślejszą integrację w węższym gronie – nowa Unia wielu prędkości. Największym motorem napędowym tego sposobu myślenia jest Francja, tradycyjnie optująca za Unią małą, ale ściśle zintegrowaną, supermocarstwową na zewnątrz i mocarstwową (czyli rządzoną przez największe kraje) w środku, centralistyczną i protekcjonistyczną.”

Otóż w wizji Macrona, nowa UE pozbywiona jest troublemakerów – Wielka Brytania wyszła sama, Polska i Węgry out. Rządzi znów tandem Berlin i Paryż, przy czym Niemcy płacą za umoszczenie francuskich reform oraz dopłacają do Południa, aby zwykli ludzie jako tako żyli, choć na bezrobociu i bez perspektyw. Europa na wschód od Odry miałyby być terenem eksploatacji i ekspancji zachodnich koncernów. Jakiś głos doradczy byłby możliwy tylko dla tych, którzy zgodziliby się bez wahania na francusko-niemiecką hegemonię. Karykatura? Być może, ale niezbyt daleka od prawdy, choć to słowa tylko moje.

Bartosz Radziejowski też uderza w mocne tony: „Polsce przypada w tych wizjach członkostwo w tej starej, fantomowej i obumierającej Unii albo akces do nowej, kosztem nie tylko politycznej, ale i gospodarczej kastracji, bo powyższe rozwiązania oznaczają likwidację naszych (i tak przecież niedruzgocących) przewag konkurencyjnych. Inne kraje środkowoeuropejskie dostaną podobny wybór. Ich sytuacja jest jednak inna”. Dodam od siebie: znacznie łatwiejsza – są mniejsze a położenie geograficzne nie stawia ich na trasie przelotowej Berlin – Moskwa.

Dalej Radziejowski: „W tej dynamice politycznej Polska znalazłaby się w pułapce: jest zbyt duża na unijnego klienta i jednocześnie za słaba na zbudowanie alternatywnego ładu regionalnego. To przede wszystkim dlatego tak widowiskowo narastają ostatnio napięcia między Warszawą a Brukselą i Paryżem. A ponieważ jest to konflikt nierównych, jesteśmy bardzo wygodnym kozłem ofiarnym”. I rozumieją to zarówno Macron, jak i obsesyjny Frans Timmermans. Pojął to niestety także Donald Tusk, który aby dalej kontynuować swoją brukselską karierę, musi wpisywać się w te połajanki pod adresem Warszawy. I być kukiełką w cyrku Monsieur le President Macron.

Jeremi Zaborowski