Huragan Harvey zamieniony po uderzeniu w południowy Teksas w burzę tropikalną, poczynił katastrofalne szkody w tym stanie. Co najmniej kilkadziesiąt osób zginęło, setki tysięcy straciło dachy nad głową.

Pokazywane od wielu dni w telewizji dramatyczne sceny ewakuacji mieszkańców Houston i okolic z zalanych niejednokrotnie aż po dachy domów, przywodzą na myśl tragiczny w skutkach huragan Katrina, który w 2005 roku spustoszył Nowy Orlean. Zaledwie 12 lat od tamtych wydarzeń rejon Zatoki Meksykańskiej nawiedził kolejny żywioł, nawet jeszcze silniejszy. Harvey uderzając w ląd miał siłę huraganu czwartej kategorii, Katrina była huraganem kategorii trzeciej.

Tak samo jak w tamtym przypadku groźniejszy od wiatru okazał się deszcz. Miasto Corpus Christi, które znalazło się na pierwszej linii uderzenia, poniosło stosunkowo niewielkie straty. Później jednak huragan zwolnił, zmienił się w burzę tropikalną i na kilka dni niemal bez ruchu zawisł nad Houston, zalewając czwarte co do wielkości miasto w USA deszczem o biblijnych proporcjach. W niektórych rejonach, w ciągu kilkudziesięciu godzin, spadło grubo ponad metr deszczu.

Wielu mieszkańców Houston, jednego z najbardziej narażonych na powodzie amerykańskich miast, początkowo miało nadzieję, że uda im się przeczekać ulewę. Być może w jakimś stopniu przyczynił się do tego burmistrz miasta Sylvester Turner, który inaczej niż gubernator stanu Greg Abbott, nie wzywał do ewakuacji. Dopiero kiedy woda zaczęła porywać samochody i niebezpiecznie wzbierać na parterach domów, ludzie zaczęli w popłochu uciekać na strychy lub przy pomocy łodzi i pontonów, a przeważnie po prostu na piechotę, uciekać do schronisk.

Na dokładniejsze zbadanie decyzji burmistrza Houston przyjdzie czas. Sylvester Turner argumentował, że pośpieszna ewakuacja kilku milionów ludzi zamieszkujących Houston i przedmieścia, spowodowałaby większe ofiary niż powódź. Tak zresztą było już w przeszłości. Kiedy miasto to w 2005 roku nawiedził huragan Rita, sto osób poniosło śmierć właśnie podczas ewakuacji, która jak się później okazało, w przypadku wielu ludzi była niepotrzebna. Pytanie jednak czy ewakuacja przed huraganem Harvey musiałaby być pośpieszna i czy miasta takie jak Houston, Nowy Orlean i inne leżące w rejonie Zatoki Meksykańskiej, nie powinny mieć gotowych do szybkiego wdrożenia, doskonałych planów ewakuacyjnych.

Tak czy inaczej aktualnie najważniejsza jest pomoc dla poszkodowanych. Na szczęście, sądząc po obrazkach, które wszyscy widzimy w telewizji o to, że napłynie, możemy być raczej spokojni. To w jaki sposób mieszkańcy Teksasu pomagają sobie wzajemnie może być inspiracją dla całych Stanów Zjednoczonych.

Jest jednak oczywiste, że Teksas choć potężny (Produkt Stanowy Brutto Teksasu jest większy niż np. PKD Australii) sam nie poradzi sobie ze skutkami powodzi. Wstępny szacunek strat to około 40 mld dolarów. Na razie mniej niż skutki Katriny, która wywołała straty w wysokości około 100 mld, ale wciąż bardzo, bardzo dużo. Konieczna będzie zatem pomoc federalna.

Rozumie to prezydent Donald Trump, który chcąc uniknąć błędów George’a W. Busha szybko postawił w stan gotowości odpowiednie służby i sam odwiedził Teksas, uważając przy tym by swoją wizytą nie komplikować akcji ratunkowej.

Pomoc dla Teksasu w większym stopniu niż od prezydenta będzie jednak zależała od Kongresu. Wiecznie skłóceni kongresmani i senatorowie, którzy od ostatnich wyborów nie byli w stanie przyjąć żadnej znaczącej ustawy, będą musieli odłożyć na bok polityczne spory, uchwalić budżet, a wraz z nim pakiet pomocowy o wielomiliardowej wartości.

Dobrą wiadomością jest to, że straty, które poniósł Teksas, choć w skali lokalnej ogromne, według większości ekonomistów, nie będą miały większego wpływu na gospodarkę USA. Częściowo mogą nawet przyczynić się do ożywienia gospodarczego w samym Teksasie. Kiedy woda opadnie mieszkańcy tego stanu ruszą przecież do odbudowy. Zaczną kupować materiały budowlane, samochody, sprzęt gospodarstwa domowego, a firmy budowlane będą zatrudniać tysiące ludzi.

Tomasz Bagnowski