„Na starym fotelu leży wielki kot zwinięty w pręgowany kłąb, żeby nie uronić ciepła. Otworzył jedno oko i patrzy obojętnie […] Bez zainteresowania słucha jęków nocnych swego właściciela, z nudą w pysku przyjmuje monolog krótkich momentów nieuzasadnionego optymizmu. Ten kot drzemie już piąty rok, bezgranicznie ufny w swoje życie pozagrobowe. Ten kot wyraźnie chce przeczekać chwilę bezsensu, którą mu ofiarowała nie wiadomo po co natura”- pisał Tadeusz Konwicki. O kocie Iwanie. Synu Bazylego. Który „był pełen powagi, godności i dobrego mniemania o sobie”. Nazywany „rozwydrzonym bydlakiem” i „egocentrycznym chamem” był pełnoprawnym członkiem rodziny. „Obsłużenie, adoracja i obcowanie z kotem Iwanem wymagało ode mnie ogromnych sił”- przekonywał autor <Małej Apokalipsy>. „Osiemnaście lat nie jeździłem na wakacje, bo on nie lubił oddalać się z domu. Musiałem mu towarzyszyć. On miał różne fanaberie, na przykład fatalnie wpłynął na moje upodobania. Pan Konwicki bowiem lubił sobie czasem golnąć i w stanie lekkiego upojenia wracać do domu. To doprowadzało kota Iwana do szału. Czego on nie wyrabiał! Te skoki, te prychania! Tak strasznie demonstrował niechęć do alkoholu, że ja – grzeszny musiałem powściągnąć się w tej dziedzinie”- zwierzał się podczas jednego z wywiadów. Kot Iwan odchodził „w pełnym napięciu towarzyskim”. Pisarz nie zdawał sobie sprawy, że to ostatnie dni przyjaciela i „niepomny schyłku kociego żywota” spychał go z kolan, o co miał do siebie duże pretensje. „Nie wiadomo, co stało się z nim po jego odejściu. Może przeinkarnował w niemądrego męża stanu albo w bezmyślną stonogę”- pisał w <Pamflecie na siebie>, a może „w pozycji imponującej, z uniesionym i wyprostowanym ogonem, krąży w kosmosie i łapie komety za złociste warkocze”- zastanawiał się autor. Przejmująca jest troska, z którą Konwicki zajmował się bratem mniejszym. I refleksje, które towarzyszyły mu po śmierci kota. „Ale czy ja w sumie byłem w porządku. Czy spełniłem tę przyjaźń jak należy. Czy czegoś nie przeoczyłem albo zapomniałem. Czy dałem mu pełną kocią szansę w życiu”- pytał.

Kot Cecyl zwinięty w kłębek leży obok i podpatruje. Za oknem pada i nic nie kusi. Żadna wiewiórka. Ani motylek. Można okiełznać łowcze zapędy. Ucywilizować się. Udomowić. W czasie deszczu dzieci się nudzą. A koty łagodnieją. Podchodzą bliżej. Szukając ciepła. Łaskawie pozwalają się głaskać. Mruczą przez sen.

Wczoraj jeszcze było lato. Nic nie zapowiadało nagłego załamania pogody. We wczesnych godzinach rannych Cecyl upolował gołębia. To już druga ofiara drapieżnika, którego przygarnęliśmy pod swój dach. A który – co dziwi niezmiennie – w kontaktach z człowiekiem wykazuje się daleko idącą powściągliwością. Nie gryzie. Nie drapie. Nie syczy. Na zaczepki nie odpowiada. Jeśli ludzka natarczywość przybiera rozmiary gargantuiczne rzuca zniecierpliwione spojrzenie i oddala się z godnością. Nie jest – jak podobno wielu przedstawicieli swojego gatunku- złośliwy. Raczej spolegliwy. Cierpliwie znosi natrętne pieszczoty. Czasem tylko położy łapkę na ustach gestem nieco teatralnym. Jakby chciał powiedzieć: przestań, nie całuj więcej! Ale pazury ma zawsze schowane. Nawet podczas męskich zapasów, kiedy okrutna dłoń sięga w najbardziej newralgiczne punkty ciała, pozostaje opanowany i nie robi krzywdy. Nie kąsa – jak kot Iwan – do krwi.

A na zewnątrz. W miejskiej dżungli. Zabija. Przegryza krtanie. Rozszarpuje. Znęca się. A potem ofiarę porzuca. Bo nie poluje z głodu. Raczej dla sportu. Zabicia czasu. Bo tak podpowiada instynkt.

Pierwszego gołębia dopadł znienacka. Usłyszałam trzepot skrzydeł i zobaczyłam jak przygważdża łapą – całkiem pokaźnego ptaka – do ziemi. Co robisz! – wykrzyknęłam. Zostaw go, tak nie wolno! – napominałam niczym prawdziwa matka. Cecyl wydawał się być zdziwiony moją reakcją. Spojrzał pytająco po czym wypuścił gołębia, by przyglądać mu się z bliskiej odległości. Za chwilę w ogródku pojawił się obcy kot. Rudy, w czarne pręgi. Krążył wokół zdobyczy, lecz nie odważył się zaatakować. Potem musiałam pójść do pracy. Niechętnie zamknęłam okno. Opadła kurtyna. Predator został sam na sam z trofeum. Wieczorem – przez specjalną klapkę zamontowaną we framudze o wymiarach ciut większych niż głowa kota – Cecyl wpadł z gołębiem w pysku. Półżywy ptak, gubiąc pióra, uciekł pod sofę. A barbarzyńca, krokiem gwiazdy filmowej, dumny i blady przechadzał się po salonach. Upolowałem obiad – zdawał się mówić. Jestem nieustraszonym pogromcą latających szczurów. Nie krzycz na niego – zwróciłam się do zdenerwowanego K., który próbował wyciągnąć spod łóżka konającego. On tego nie zrozumie – dodałam. Bo przypomniała mi się porada eksperta w jednej z pięciu książek na temat wytresowania – czy może lepiej powiedzieć – ułożenia sobie życia z kotem, które podarowano mi na urodziny oraz bez okazji, a która mówiła o tym, by nie krzyczeć na pupila przynoszącego łup (mysz, wiewiórkę, gołębia) a raczej pochwalić, docenić, gdyż to wyraz miłości największej i zaufania, jakim zwierzę może obdarzyć człowieka. „Kot nie zabija na miejscu, a tylko obezwładnia i w takiej formie składa ludziom w ofierze, by ci mieli jak najświeższe mięso. W oczach kota jesteś słabym myśliwym, który potrzebuje pomocy. Nieżywe zwierzęta to dar serca”.

Wszystkich, którzy chcieliby poznać Cecyla zapraszam do polubienia jego strony: www.facebook.com/CecylTheCat.

Weronika Kwiatkowska