Wygrałem 327 dolarów kanadyjskich w kasynie w Montrealu! To moja dotychczasowa największa wygrana w kasynach. Onegdaj wygrałem w Las Vegas ponad 60 dolarów, później na statku wypływającym z Fort Lauderdale na wody eksterytorialne – 97 dolarów i podczas poprzedniego pobytu w Kanadzie 139 tamtejszych dolarów w tymże Cassino de Montreal. Nie mam szczęścia do różnych gier, tedy cieszę się tą wygraną jak dziecko. Zastanawiam się, czy nie grać dalej, obstawiając część wygranej sumy, ale boję się ryzyka. Stawiam tedy obiad we francuskiej restauracji znaajomym, którzy porwali mnie z Nowego Jorku i przywieźli do Montrealu, gdzie mieszkają. Wprawdzie nabijają się ze mnie, żem tchórz, bo powinienem grać dalej, choć z nikt z nich sam nie zagrał, ale niech tam! Wdzięczny im jestem za wyrwanie mnie z nowojorskiej codzienności i zanurzenie w lepszej ponoć rzeczywistości, niż w Stanach. W ich przekonaniu prawie rajskiej. Wierzę im na słowo, bo nie znam najnowszych kanadyjskich realiów. Skądinąd jednak też słyszę same pochwały i porównania poziomu życia w tym kraju z poziomem życia w Szwajcarii. Kiedy byłem tu poprzednio, słyszałem takie porównania z ust Kanadyjczyków, dziś słyszę je od mieszkających tu rodaków. Głupio mi, że nie jestem dostatecznie przygotowany do tej wizyty, ale dalibóg planowałem wypad do Big Sur w Kalifornii i się już doń psychicznie przysposobiłem, kiedy najniespodziewaniej zostałem porwany do tegoż Montrealu. Owszem jestem „młodzianem” przygodowo nastawionym do życia i lubię być czasem porwany przez miłe mi osoby. Znajomi, którzy dokonali tego porwania są od lat moimi uważnymi internetowymi czytelnikami, bywa że nader krytycznymi. Bezceremonialnie wytykają mi życie w wieży z kości słoniowej oraz polonocentryzm. Wytykają także niewielkie zainteresowanie Ameryką i nieznajomość Kanady. Nie podejmuję polemiki i przyznaję, że najlepiej czuję się w swoim świecie, który oni nazywają ową wieżą z kości słoniowej. Coś jednak musi być we mnie ciekawego, skoro do tej wieży niespodziewanie przyjechali i mnie z niej porwali. Ale nie pytam co. Wznoszę toast za ich pomyślność calvadosem, oni odpowiadają mi szampanem. Potem słucham takich peanów o Kanadzie, że mam wrażenie, iż zostałem porwany, bym się nią zachwycił i został w niej na zawsze. Moi sympatyczni współbiesiadnicy sypią raz po raz przykładami świadczącymi o opiekuńczości tego państwa, dobrej organizacji we wszystkich jego strukturach, świetnej służbie zdrowia, równych szansach dla wszystkich itp. Słucham, słucham i poprzysięgam sobie, że przypatrzę się uważniej tejże Kanadzie. Wprawdzie z Nowego Jorku się do niej nie przeniosę, ale będę przynajmniej wiedział, co tracę.

$

Kilka dni później jestem przy grillu świadkiem zaciętego sporu między porywaczami a ich polsko-kanadyjskimi gośćmi o to, czy PiS jest dobrym rozwiązaniem dla Polski, czy złym. Później spór toczy się o prezydenta Trumpa, rządzącego za miedzą. Postępowcy go nie lubią, konserwatyści uwielbiają. Wszystkim jednak bardzo się podobało jego wystąpienie w Warszawie, bo było takie propolskie. Podobne miał we Francji z okazji jej narodowego święta – przypominam, ale nikt na to nie reaguje. O Kanadzie przy tymże grillu w ogóle się nie mówi, tedy pytam, czy spierające się strony mają tw tym opiekuńczym państwie jakieś problemy egzystencjalne. Nikt nie podjął tego tematu. Zapytałem zatem o problemy czysto ludzkie. I otrzymałem zgodną odpowiedź rodziców z obu stron. Ich dzieci nie mają żadnych wartościowych zainteresowań i nie chcą się uczyć. Jakby były przekonane, że nie warto, bo i tak czeka je dostatnie życie. Wszystko je nudzi, poza grami komputerowymi i korespondencją z rówieśnikami. A w tejże korenpondencji same wygłupy – jak podkreślili owi rodzice. Zaznaczyłem, że nie jest to problem charakterystycznuy tylko dla Kanady. Dla Stanów i Europy też, nie wyłączając Polski, o czym świadczy m.in. film „Sala samobójców”. Zaraz potem wywiązała się dyskusja na temat kanadyjskiego szkolnictwa. I – o dziwo – posypały się krytyczne uwagi, niekiedy bardzo ostre i bezkompromisowe pod adresem tamtejszych regionalnych władz oświatowych. Były nawet porównania ze szkolnictwem zapamiętanym z Polski. Wynikało z nich, że nie tylko nie było ono najgorsze, ale nawet całkiem, całkiem… Ale zaraz też pojawiły się zarzuty, że szkoły polskie były zbyt stresujące, dyscyplina w nich zbyt duża i że programy nauczania zbyt przeładowane. Słowem i tak źle, i tak niedobrze. Bezstresowe niedobre i stresowe też złe. I bądź tu bracie mądry!

$

W tymże Montrealu mogłem się przekonać po raz n-ty, iż piękno jest podstawą wartości artystycznej. Ta klasyczna definicja przypomniała mi się, kiedy obserwowałem zwiedzających mijających obojętnie sale z dziełami sztuki nowoczesnej w tutejszym wspaniałym Muzeum Sztuk Pięknych. Wprawdzie eksponowane prace były same w sobie ciekawe, głównie ze względu na koncept, nie przyciągały jednak uwagi. Zwiedzający grupowali się przy obrazach dawnych mistrzów, począwszy od Rembrandta, El Greca, Gainsborough. Z malarzy dwudziestowiecznych najwięcej osób zatrzymywało się przy Picassie, Dalim, Matissie i Miro. Oczywiście działała tu magia nazwisk. Zachwyt niemal wszystkich wzbudzały witraże Tiffany’ego w bocznych nawach dawnego kościoła Erskine and American Church, przerobionego na salę koncertową i włączonego do Muzeum. I mnie brał tenże Tiffany, ale nie jestem tu miarodajny, bo po prostu od młodości mam słabość do witraży. Sprawili to m.in. Wyspiański i Mehoffer. Mam piękne witraże w mieszkaniu warszawskim i nowojorskim. W dziale Sztuki Islamu bardzo podobał mi się zbiór średniowiecznej ceramiki irańskiej, świadczącej o nieprawdopodobnym wręcz wyrafinowaniu ówczesnych rzemieślników, z których wielu śmiało można nazwać prawdziwymi artystami. Bardzo piękne są w tymże Muzeum również meble z prowincji Quebec, m.in. eksponaty z lat 1935-1958 ze słynnej tamtejszej szkoły meblarskiej.

W Dziale Rysunków najbardziej wzięły mnie dzieła Durera i Delacroix. Nie zdołałem zwiedzić całego Muzeum. Zrobię to następnym razem, bo podobno znów będę porwany.

$

Na ulicach Montrealu częściej się słyszy język francuski niż angielski. Tak jest też w sklepach, urzędach i kościołach. Niekiedy wydawalo mi się, że jestem jeszcze we Francji. Dopiero widok wszechobecnych wieżowców i angielskich okien uświadomił mi, że jestem jednak po zachodniej stronie Wielkiej Wody.

$

Moi porywacze porwali mnie także do jednej z modnych montrealskich dyskotek. Pohasałem sobie, a jakże. W odpowiednim towarzystwie i przy odpowiedniej muzyce bywam rozkosznie rozrywkowy i roztańczony. Najbardziej ubawiły mnie na tejże dyskotece osoby, które podczas tańca fotografowały lub filmowały smartfonami same siebie, wyszczerzajac przy tym wszystkie zęby. Każdy wybigas musiał być zarejestrowany. No cóż, dzisiaj fotografia i filmowa rejestracja stały się bardziej rzeczywiste od prawdziwej rzeczywistości.

Andrzej Józef Dąbrowski