Mój osiedlowy bar, czynny jest  całą noc. Bywalcy przy piwie Perła dzielą się obserwacjami społecznymi oraz politycznymi. Ja tylko ich słucham – próba dyskusji, tym bardziej próba grzeczna, mogłaby się zakończyć nieprzyjemnie dla mnie. A ubezpieczenia medycznego w Polsce nie posiadam.

Po południu w barze zastaję parę młodych Duńczyków. Bywalec Piotrek do mnie: – O, Janek! Ty znasz dobrze angielski. Wytłumacz im, co to był Cud nad Wisłą i powiedz, że gdyby nie my, to by tam w Danii po rosyjsku rozmawiali. A potem powiedz, jak to nasi kibice na meczu wyjazdowym w Wiedniu wywiesili transparent, że uratowaliśmy ich przed Turkami. Jestem nieskory do opisania Duńczykom tego incydentu, więc Piotrek wpada w gniew. Mówi mi, że skoro nie głosowałem w Polsce, nie mam prawa wypowiadać się na tematy kraju dotyczące.

Tomek ma w Niemczech rodzinę, ma więc wyrobione o tym kraju zdanie. Tam jest wszędzie lewicowe ścierwo. Dlatego jest tam bród, smród i ubóstwo. Wystarczyło, że lekko podniosłem w zdziwieniu brew, by warknął: – Skoro taki jesteś zakochany w Niemczech, to się tam przenieś! Albo wracaj do swojej Ameryki!

Nauczycielka matematyki, pod czterdziestkę. – W Niemczech teraz ciągle są zamachy muslimów. – mówi ze zgrozą. – W Polsce natomiast czuję się bezpiecznie.

Inna pani, w tym samym wieku, zajmująca się resocjalizacją. – Uważam, że nie powinno się wpuszczać do Polski imigrantów. Przyznam ci się, że jak ostatnio w metrze usiadł koło mnie Murzyn, poczułam się nieswojo. – To co, Polska tylko dla Polaków? – pytam. Nie łapie ironii i odpowiada poważnie: – Tak, tylko dla Polaków.Grupa kolesiów (taksówkarz, robotnik, itd.) w pewnym momencie zaczyna bluzgać na tych „ciapatych”, będących zmorą Europy. Nie mogę tu zacytować ich mięsistych sformułowań.

Koleżanka jeszcze ze Stanów, gdzie przyjechała jako dwunastolatka, chodziła do dobrych szkół i uczelni, zamieszkała w Warszawie. Jest osobą bardzo religijną. – Jestem absolutnie przeciw wpuszczaniu do Polski imigrantów nie podzielających naszej religii i obyczajów. – mówi.

Kuzynka z Poznania, menedżer w zagranicznej korporacji. Zamożna, jeździ dużo po świecie, ma otwarte horyzonty. Obecnym władzom Polski nie sprzyja ale akurat – co z pewnym zawstydzeniem mi przyznaje – jest absolutnie przeciw wpuszczaniu do Polski uchodźców.

Paulina jest chyba największą punkówą, jaką tu poznałem. Ma 24 lata, pracuje jako barmanka, pali, grzeje wódę, jest cała w kolczykach i tatuażach. Narzeka jednak na młodych Ukraińców, którzy przychodzą w grupie do jej baru i czują się jak u siebie w domu! – Tanio dostają akademiki, więc udają, że studiują. Oni tu często przyjeżdżają, by się tylko dorobić i potem wyjeżdżają. – mówi z niesmakiem.

Widuję tu niewielu imigrantów, a to przecież Warszawa. W takim Przemyślu może nie ma ani jednego „ciapatego”? Ciekawe, co oni myślą o Polakach i Polsce? Czy czują się tu bezpiecznie? Mile widziani? Mam na myśli tych imigrantów, których odróżnimy od autochtonów po ciemniejszym kolorze skóry (Azjaci nie wywołują poczucia zagrożenia ani tak negatywnych emocji).

Pierwsi byli Arabowie sprzedający kebaby, narodowy fast food Polski. Chyba te kebaby leżały już na Okrągłym Stole. Wydaje się, że są w Polsce tolerowani, bo sprzedają to tanie i pożywne jedzenie (choć sporadyczne pobicie czy demolka kebabowni tu i ówdzie się zdarzy). Arabowie, znani z talentów kupieckich i do języków obcych, bez problemu rozmawiają z klientami po polsku.

Podobnie Hindusi. Ci niezwykle zapobiegliwi i zdeterminowani ludzie wyjeżdżają tam, gdzie będzie im trochę lepiej niż w Indiach (więc niemal wszędzie). W samej Warszawie jest ich kilka tysięcy. W Polsce często prowadzą restauracje. Koło mojego domu mają już dwa lokale. Właściciele knajp mieszkają tu raptem kilka lat, ale już sprawnie rozmawiają z klientami po polsku. Inni Hindusi, w piwnicy mojego bloku coś wynajęli, wyremontowali i prowadzą tajemniczą dla mnie działalność gospodarczą. Przemykają się ulicami, z nikim nie rozmawiają. Inni wynajmują mieszkanie nieopodal, na parterze, więc widzę jak to zbudowane za komuny mieszkanie obrasta teraz hinduskimi sprzętami, bałaganem, intensywnym zapachem przypraw. Jak tu się czują w zimie? Czy nie tęsknią do swojego kraju?

Kiedyś wielu było w Polsce Wietnamczyków. W ostatniej dekadzie wyjechało ich jednak (np. do Niemiec) wiele tysięcy. Na „bazarku” koło mojego domu prowadzą stołówkę i stragany z tanią odzieżą i butami. Po polsku mówią słabo – pomaga im mały chłopczyk, już w Polsce urodzony (dzieci łatwo łapią języki). Rodziny wietnamskie przestają wyłącznie w swoim towarzystwie. Nie zauważyłem (a przychodzę tu codziennie), żeby prowadzący inne stragany Polacy choć raz się do Wietnamczyków odezwali.

Oczywiście najwięcej jest przybyszy z Ukrainy, nie do odróżnienia od Polaków z urody czy ubioru. Ponoć jest ich ponad milion. Są cenieni jako dobrzy i tani pracownicy, nie stwarzają problemów. Czy jednak mieszają się z Polakami? Nie bardzo to widzę. Przestają w swoim gronie, mają nawet ukraiński odpowiednik Facebooka. Często po niedługim czasie mówią po polsku jak Polacy – absolutnie płynnie, nawet bez wschodniego zaśpiewu. Niektórzy kończą w Polsce studia, kupują mieszkania. Pewnie tu więc zostaną. Kulturowo Polska jest im bardzo bliska, nawet jedzenie jest niemal identyczne. Choć odnotowano ostatnio wzrost liczby incydentów antyukraińskich, może będą tu tolerowani.

Wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach władze polskie nie wpuszczą żadnych uchodźców z krajów Trzeciego Świata. Z moich skromnych obserwacji wynika, że zaskakująco dużej liczbie Polaków, z różnych warstw społecznych, taka polityka bardzo się podoba. Ciekawe, co sądzą o tym polscy mieszkańcy kosmopolitycznego Nowego Jorku.

 

Jan Latus